czwartek, 3 lutego 2011

ROZMOWA Z KAJĄ

(2010-09-14)


Alicjo w jakim okresie chodziłaś na pielgrzymki Różnych Dróg?

W 1981 roku szłam w pielgrzymce warszawskiej i z grupą Andrzeja mijałam się w trasie. Radość, która emanowała od tych "kolorowych ludzi" była niesamowita. Ze Szpakiem szli moi przyjaciele z Prudnika. W Częstochowie chciałam do nich dołączyć i tak trafiłam na mszę, podczas której Krzysztof, mój mąż, otrzymał wielką łaskę uzdrowienia. Gdyby mi wtedy ktoś powiedział, że moja przygoda z hippisami będzie trwać byłabym zdziwiona. Nie miałam bowiem problemów ani z rodziną, ani ze szkołą, ani z nałogami, a "chodziły wówczas słuchy", że to pielgrzymka dla ludzi z marginesu społecznego, z którymi absolutnie się nie utożsamiałam. Urzekł mnie jednak sposób sprawowania liturgii i zainteresowała dialogowana homilia. No i niesamowite ogniska pełne poezji, muzyki i niebanalnych rozmów, które w całej szarości tamtych dni były "światełkiem w tunelu". Od 1982 roku nie wyobrażałam sobie innego miejsca pielgrzymowania, jak tylko przy Jezusie Miłosiernym. W 1985 roku wyszłam za mąż i jak przyszły dzieci było trochę przerwy. Potem braliśmy Kasię i Dawida do „bagażnika” i kolejne lata w trasie. I zaś długa przerwa, ale o Jubileuszach staraliśmy się pamiętać. Nasz kontakt z Andrzejem i Siostrą Jasią nie był tylko pielgrzymkowy. Spotykaliśmy się również poza pielgrzymką i poza zlotami. I te spotkania miały największy wpływ na moją wiarę.

Kim w tym czasie byłaś?

... "starszym bratem", a raczej siostrą syna marnotrawnego... niby wszystko w porządku, a jednak nie rozumiejącą Miłości Boga, która jest Miłosierna i przebaczająca, a zarazem sprawiedliwa, ale nie według sprawiedliwości ludzkiej, która tylko w małej cząstce widzi człowieka. Wystarczy powiedzieć, że pielgrzymka była krokiem ku ŻYWEMU BOGU, który z martwą literą prawa nie ma nic wspólnego.,

Co masz na myśli mówiąc żywa wiara?

Pytasz - co było takiego w tej pielgrzymce, co nazywam żywą wiarą? Moja odpowiedź jest prosta. Były cuda przemiany serc, było żywe słowo Andrzeja, które dotykało konkretnych moich smutków i radości; była wspólnota ludzi grzesznych, która porwana Duchem stawała się na małą chwilę wspólnotą świętych, na którą inni patrzyli mówiąc - skąd u nich ta radość aniołów? A wszystkie te doświadczenia dawały mi światło na kolejne trudne podejmowane decyzje, dzięki którym mogę dziś powiedzieć - jestem szczęśliwa, pomimo trudów, jakie przynosi każdy kolejny dzień.

Natomiast mówić o konkretach jest trudno z kilku powodów. Po pierwsze - jest to zawsze pewne obnażanie duszy, w której tyle dobra się marnuje, że aż wstyd się przyznać. Po drugie - to brakuje słów odpowiednich. Empirycznie nie da się tego ani zmierzyć, ani zważyć. Trzeba też uwzględnić "śmiech szyderców" no i mamy z tego, co dla mnie najważniejsze niezły "pasztet". Z drugiej zaś strony wypada podziękować Dawcy za dar darmo dany, który cieszy i nadaje sens całemu mojemu życiu. A ja mam za co dziękować. Zaznaczam też od razu, że jest to moje widzenie rzeczywistości i nie chcę polemizować z tymi, którzy mają prawo widzieć te same sytuacje całkowicie w innym świetle. Z każdym człowiekiem bowiem Bóg dialoguje nieco inaczej, stąd też i różne drogi do niego prowadzą. No i po tym wstępie mogę przejść do konkretów. Wymienię kilka, które dały mi nową świadomość, że można płynąć "pod prąd" , że PRAWDZIWA MIŁOŚĆ istnieje (1Kor 13.), że czasami potrafię wybaczyć wrogowi, pomimo, że on nie wyciąga ręki do zgody. A gdy przychodzi zwątpienie i bezradność to wiem, że Ktoś silniejszy ode mnie stoi przy mnie i na sposób Boski wyprowadza mnie z ciemności. Skupię się jedynie na kilku, pielgrzymkowych sytuacjach, aczkolwiek to tylko malutki wycinek z mojej przygody.
Tak więc - uczyłam się wiary patrząc na porządkowych, którzy dawali siebie innym często narażając się na niezadowolenie "niepoukładanych". Podziwiałam tych, którzy sprzątali kible po imprezowiczach pomimo, że mieli takich za frajerów. Patrząc na bagażowych, którzy codziennie byli pokłóci strzykawkami z "niewiadomym cholerstwem" wystającymi z niektórych plecaków zastanawiałam się w czyje imię narażają swoje życie. Trudno nie wspomnieć tutaj Szpaka i Siostry Jasi, którzy jakby "z innego świata", a tak wkomponowani w to środowisko, że nie wyobrażam sobie pielgrzymki bez nich. Tak naprawdę to trudno wymienić wszystkich. Wiele siły duchowej czerpałam podczas wielogodzinnych adoracji. Kto "smakował" tej rzeczywistości wie, o czym piszę, kto zaś rezygnował z tego "dania" - nie zrozumie moich słów, jak ten, który nie poczuje smaku czekoladki jedynie o niej rozprawiając. Pamiętam rozmowy na temat sensu życia, wolności, prawdy, wierze ... i tak szczerze mówiąc, to środowisko hippisów było dla mnie tym najodpowiedniejszym miejscem dialogu. Najmniej masek zakładano, wartością był szacunek do odmiennego zdania rozmówcy. Ze smutkiem stwierdzam, że coś z tego klimatu się zatraciło, ale widzę, że od czasu do czasu na nowo "duch pozytywnego dialogu" się odzywa, więc jest nadzieja. Na koniec zostawiłam sobie perłę, która według mnie jest najcenniejsza - MSZA ŚWIĘTA z jej wszystkimi dobrodziejstwami, ŻYWYM SŁOWEM i ŚWIADECTWEM WIARY. Kto chciał, mógł z niej czerpać "Wody Żywej" do woli. Była też i "druga strona medalu", ta brudniejsza i ciemniejsza, którą niektórzy stawiają na plan pierwszy podważając wartość pielgrzymowania. No cóż... nie da się zmienić prawdy o człowieku, który aż do śmierci będzie się zmagał ze swoimi słabościami. Ale wiedząc o tym - tym bardziej trzeba szukać "trampoliny", od której można się odbić.


Dla Ciebie pielgrzymka jest świadectwem wiary. Jednakże niektórzy do dziś widzą w niej coś zgoła innego. Ogólnie znane są kontrowersje wokół idei pielgrzymki i samego Andrzeja Szpaka. Celowo nie chcę ich tu powtarzać, ale czy umiesz wytłumaczyć w jakiś sposób fakt, że to co pozytywnie wpłynęło na Twoje życie, bywa postrzegane negatywnie?

To nie pielgrzymka jest świadectwem wiary, lecz niektóre sytuacje, które podczas tej pielgrzymki się wydarzają są przeze mnie postrzegane jako działanie Boga. Jesteśmy ludźmi wolnymi i w każdym miejscu możemy wybierać między dobrem, a złem; między życiem, a śmiercią. Dlatego nie dziwi mnie to, że wielu widzi "coś zgoła innego". Ja też widziałam zło, które po prostu starałam się w miarę możliwości omijać. A co do Andrzeja.... ma swój "oścień", który przypominać mu będzie, że słabym człowiekiem jest. I dzięki Bogu, że go ma. Bo nie ma nic gorszego dla kapłana, gdyby "swoją świętością" zasłaniał ŚWIĘTOŚĆ BOGA. Szkoda tylko, że brakuje niektórym miłosierdzia wobec jego osoby, która mimo wszelkich słabości JEST BARDZO CZYTELNYM ZNAKIEM ZMARTWYCHWSTAŁEGO JEZUSA.

Czy którąś z pielgrzymek szczególnie pamiętasz i dlaczego?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Każda z pielgrzymek niosła jakieś dobro. Ale jak bym miała wybierać, to z pewnością stawiam na moje pierwsze spotkanie w Częstochowie. Tam po raz pierwszy zobaczyłam twarz osoby uwolnionej w jednej chwili od nałogu narkomanii, alkoholu i nikotyny podczas mszy. Nie zapomnę szczęścia wymalowanego w oczach i cudownego uśmiechu na twarzy. Byłam tak poruszona tym wydarzeniem, że postanowiłam jeszcze bardziej poznać Jezusa Miłosiernego. Dlatego poszłam na studia teologiczne. Przed dostaniem się na KUL miałam już jasno sprecyzowany temat pracy magisterskiej, którą pisałam w oparciu o Dzienniczek S. Faustyny Kowalskiej (tej, której objawił się Jezus Miłosierny). Następne pielgrzymki były kolejnym "rozdawaniem kart". Ostatnią otrzymałam w tym roku w Wilnie, gdy stanęłam w miejscu pierwszych objawień. Mam nadzieję, że ta "gra z Panem Bogiem" będzie nadal trwała i skończy się dopiero w dniu mojej śmierci.

Wrócę jednak do twojego pytania. Jeszcze jedno MOCNE doświadczenie sprzed 19 lat. Nasza rodzinka mieszkała w tedy w Prudniku. Dzieci były małe. Szpaku zaproponował nam, byśmy pojechali z nim na rekolekcje wielkopostne dla szkół zawodowych do Gliwic, aby zaświadczyć o Miłości Boga względem nas. Mieliśmy starego fiata, ale finansowo nie było za dobrze. Do tej pory nie wiemy, skąd wzięły się pieniądze na paliwo (10 zł), które wystarczyły na trasę w jedną stronę. Zadzwoniliśmy do Andrzeja i mówimy w jakiej sytuacji jesteśmy, a On tylko - "Zaufajcie Jezusowi". No i zaufaliśmy, a z tego zaufania wyszło nie 100 kilometrów, ale 1500. Mieliśmy być w Gliwicach 1 dzień i wrócić do domu. Stało się inaczej - z Gliwic pojechaliśmy do Sosnowca, gdzie przyjął nas zmarły Ksiądz Biskup Śmigielski, rodzony brat S. Jasi, potem do Przemyśla. Z Przemyśla wyruszyliśmy nad morze do Rumii, a z stamtąd wróciliśmy po dwóch tygodniach do domu. A gdy otworzyliśmy portfel, by kupić chleb na śniadanie - to Krzysztof wyciągnął owe 10 zł, które pozwoliło nam wyruszyć w nieznane. Tego, co żeśmy jako rodzina doświadczyli nie da się opisać jednym słowem. Patrzyliśmy na cuda Pana Jezusa, który był bardzo hojny w rozdawaniu swoich łask. Zaczęliśmy żartować, że gdyby tak na wiosnę poprosić Pana Boga o śnieg, to wcale nie bylibyśmy zdziwieni. Andrzej powtórzył ten żart w Gliwicach podczas kazania, w momencie, gdy znudzona młodzież zaczęła "niezbyt grzecznie" się zachowywać. Za chwilę można było usłyszeć GROBOWĄ CISZĘ. Wszyscy odwrócili głowę w stronę otwartych drzwi Kościoła. Nie muszę chyba wyjaśniać, że w tym samym momencie, na zieloną wiosenną trawkę spadły ogromne płaty śniegu zakrywając trawnik białym puchem. Bóg posłużył się naturą, abyśmy doświadczyli Jego Mocy Sprawczej. Dlatego - dla mnie - Bóg nie umarł

Dużo było o pielgrzymce, może teraz powiedzmy coś o Tobie... Wiem, że z jednej strony jesteś skromna, a z drugiej odważna, skoro zgodziłaś się publicznie mówić o osobistych, głębokich przeżyciach.

Oj Kaju. Z tą skromnością to lekka przesada. Jak w każdej kobiecie drzemie we mnie próżność, która szuka pochwały. A co do odwagi, to też trochę inaczej ją widzę. Bo cóż to za odwaga mówić o cudzych dziełach. Raczej z poczucia wdzięczności opisałam niektóre wydarzenia, które nadały mojemu życiu sens. Bo gdyby nie ludzie, których spotkałam na swojej drodze i nie Opatrzność, jawiąca się jako splot pewnych wydarzeń - to nie byłoby o czym opowiadać.

A tak w ogóle to co u Ciebie słychać. Pewnie trafi tu ktoś, kto nie widział cię "kopę lat".
No i jak wywiad to i trzeba by, o płycie wspomnieć:)


Wobec wczorajszego doświadczenia, którego byłam świadkiem - to wszystko "moje" wydaje mi się "marnością". Ale zacznę od początku. Tydzień temu niespodziewanie zadzwonił kolega mojego taty z zapytaniem, czy mógłby go odwiedzić po latach. Znali się z Syberii, gdzie byli wywiezieni podczas II wojny światowej. Nie pytając o szczegóły zaprosiłam pana Staszka do Moszczanki. W progach domu stanął 78 - letni pan o wielkim, szczerym uśmiechu i przywitał się z tatą, który w lipcu rozpoczął 80 - tkę. Okazało się, że starszy pan wsiadł w Szczecinie do pociągu i przejechał na sam dół Polski, aby po latach odwiedzić swojego przyjaciela. Na odchodne tylko westchnął - "Zbyszku, ty się tak naprawdę nic nie zmieniłeś, jedynie jesteś starszy o te 64 lata! " Całe spotkanie było niczym "z innego świata". Pan Stanisław opowiedział swoją historię, która pozwoliła jego rodzinie w 1948 roku wrócić do Polski. Uratowała im życie mała książeczka do nabożeństwa. Powyrywane z niej kartki posłużyły jako dokumenty polskie, których niekumaty przedstawiciel ZSSR, nie chcąc wyjść na niepiśmiennego, przyjął za ich dokumenty tożsamości.

Wracając jednak do pytania. Poezja, muzyka...owszem, grają we mnie, ale nie na tyle by je podziwiały rzesze. Jest płyta zespołu dziecięcego, który prowadzę ( "Muzyka spod Kopy"), a o swojej na razie jeszcze tylko marzę. Nie potrafię jej jakoś zrealizować, ale jak Bóg da - to będzie nosiła tytuł "Kim jestem dla Ciebie Boże, że pamiętasz o mnie?" Po tym utworze, śpiewanym najczęściej w pustym kościele, niektórzy mogą mnie jeszcze rozpoznać. Pozdrawiam - alicja

Wielkie dzięki za odwagę i szczerość.
Rozmawiała Kaja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz