środa, 29 lutego 2012

PRZEBUDZENIE

video



Boski lekarzu
dotknąłeś epileptyka
biedak spod Jerycha
zobaczył piękno
młodzieniec z Naim
matka w żałobie 
ile potrzeba wiary
byś wskrzesił
umiejętność kochania
zabitą i pogrzebaną
w ogrodach Edenu?

/alicja/

wtorek, 28 lutego 2012

DRUGIE OBLICZE MACIERZYŃSTWA + śpiew

Macierzyństwo ... chętniej pokazywane w kolorowych barwach, bo któż chce patrzeć na łzy matki opłakującej śmierć dziecka? Tak trudno znaleźć odpowiednie słowa ... bywa też i tak, że niektórzy  przechodzą na drugą stronę ulicy, by wzrokiem się nie spotkać. Znam to uczucie odrzucenia ...


video


Trudne macierzyństwo ... ono też istnieje ... choć temat chowa się pod dywan, jak brud, którego się wstydzimy. Przyjaciółka, której dziecko jest w śpiączce od dwóch lat, opowiada, że czuje się jak trędowata wśród ludzi, dla których jej cierpienie jest za trudne do udźwignięcia.

Bolesne macierzyństwo ... każdy, kto chociaż raz bał się o życie swoich dzieci wie, o czym mówię. Są chwile, których nie da się przewidzieć. I chociaż bardzo się staramy, czasem wymykają się nam one spod kontroli. Jedna sekunda sprawia, że macierzyństwo staje pod krzyżem ... Kasiu z Sosnowca, bardzo ci współczuję.

Niechciane macierzyństwo ... najtrudniej mi go zrozumieć. Ale i ono istnieje ... wypłakuje wiele łez... mali męczennicy  ... słyszysz ich głos? ... wołają ... Przebacz im Ojcze, bo nie wiedzą, co czynią ... wszak nadal kochają.

poniedziałek, 27 lutego 2012

LĘK



"Krzyk", obraz Edwarda Muncha.


"Spacerowałem z dwojgiem przyjaciół - słońce zachodziło - kiedy nagle niebo wypełniła krwista czerwień. Zatrzymałem się, czując wyczerpanie, i oparłem na barierce - nad czarno-błękitnym fiordem i miastem było widać krew oraz języki ognia. Stałem i drżałem z niepokoju - czułem nieskończony krzyk przenikający naturę"- pisał Munch 2009.06.18

*** 

Egzystencjalny lęk .... Przychodzi znienacka. Boleśnie rani, pobudza wyobraźnię, zatrzymuje w drodze, paraliżuje uśmiech na twarzy... Kto go nie zna? Mnie dopadł wczoraj wieczorem. Wystarczyła mała niepewność, aby się skulić w sobie. Działał jak jad skorpiona spotkanego na pustyni. No właśnie ... o tej pustyni pisałam wczoraj ... tak swoją drogą ... nie trzeba było długo czekać na odpowiedź.


Ja jednak nie chcę z nim dyskutować. Wolę iść za swoim Mistrzem, Panem pokoju. Słowa -“Nie lękajcie się, ja jestem z Wami” wypowiadałam jak mantrę, aby wyprzeć myśli pełne niepokoju. Udało się, chociaż jeszcze nad ranem, prawie przez sen cichutko wypowiadałam słowa “Jezu ufam Tobie”.
Pomalutku wrócił wewnętrzny pokój. Działa on jak balsam na duszę, która umocniona nocnym doświadczeniem, staje się coraz bardziej odporna na te pociski złego ducha. W umyśle zaś pozostaje pamięć o tym, że Bóg nie pozostawia człowieka samego ani na chwilę.


Zdaję sobie sprawę z tego, że jeszcze nie raz otrę się o różne zasadzki śmierci, ale mam Obrońcę, który w porę mnie przed nimi ustrzeże. Wystarczy iść po Jego śladach, a przejdę po tym “polu minowym” w miarę bezpiecznie.

niedziela, 26 lutego 2012

NA TERYTORIUM WROGA

Dzisiaj pierwsza niedziela Wielkiego Postu...

Dzięki Ewangelii znalazłam się na pustyni, gdzie "cywilizacja śmierci" zadomowiła się na dobre. Nie podoba mi się tu. Głęboka rana, którą zadała mi śmierć zabijając Kamilka, Bartusia i trzeciego Aniołka nie pozwala mi stać spokojnie na tym miejscu. 

Dobrze, że Jezus jest blisko mnie i ciosy przeznaczone dla mnie bierze na Siebie. Mnie dotykają jedynie malutkie odłamki, które i tak bolą niemiłosiernie. Przyszedł z Dobrą Nowiną o "Cywilizacji Miłości", którą chce wybudować na tym pustkowiu. Szuka poranionych robotników, którzy pomimo swych ran zaprą się siebie i zaczną ją  budować razem z Nim.

Nie będzie łatwo. Przeciwnik broni pustyni, jak swego terytorium. Bombarduje Mistrza i jego robotników pokusami chleba, władzy i światowego uznania. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nawet Boga się nie boi... tak jest butny i pewny siebie plując nienawiścią na prawo i lewo. Oddałby wszystko, aby  tylko Jezus mu się pokłonił ... i bogactwo ... i władzę ... i całe swoje królestwo ze wszystkimi jego sługami, którzy się jeszcze łudzą, że pan śmierci stanie kiedykolwiek w ich obronie. Dziwię się, że jeszcze mu wierzą.

sobota, 25 lutego 2012

SPOJRZENIE MIŁOŚCI




Jezus patrzy z miłością. Nie podgląda, nie śledzi, nie czyha na ludzkie potknięcia czy upadki, aby tylko karać. W jego spojrzeniu jest coś ze spojrzenia dobrej matki i dobrego ojca. W jego spojrzeniu jest pokój, który wycisza, uspokaja i daje poczucie bezpieczeństwa. Żaden grzech nie jest w stanie odwrócić wzroku Boga od człowieka.

***
Patrząc na te różne „polowania na czarownice” na niektórych forach internetowych zastanawiam się nad tym, czy człowiek potrafi jeszcze ze sobą rozmawiać w taki sposób, aby nie niszczyć czyjejś  godności. Gdy widzę rozbiegany wzrok „poszukiwaczy sensacji” mam ochotę ukryć się w mysiej dziurze, aby nie uczestniczyć w tych przepychankach …. kto, kogo, za ile, za chwilę ….

Z każdej strony słychać głosy o wolności słowa, sumienia, wiary, prawa do życia … ale dlaczego człowiek jest w stanie zabić drugiego człowieka w imię tylko swojej wolności?

Usłyszałam niedawno stwierdzenie – „Jedynie na oczy człowiek maski nie jest w stanie założyć”

Myślę, że coś w tym jest  … wszyscy znamy to uciekanie wzroku, patrzenie w podłogę, albo w sufit … chociaż są już i tacy, którzy pracują nad swym spojrzeniem, aby za wiele nie mówiło. Jednak wzrok ten jest pozbawiony światła, które daje życie i pokój serca.

poniedziałek, 20 lutego 2012

MISTERIUM MĘKI PAŃSKIEJ (film)

video


Zapraszam na Misterium Męki Pańskiej, które było odgrywane w naszej maleńkiej parafii Moszczanka /1200 dusz/ w 2003 roku przez parafialną grupę teatralną, którą wówczas prowadziłam. Większość aktorów ma już swoje rodziny i dzieci.

W tym roku przygotowują ponownie Misterium Męki Pańskiej. Mnie jedynie poprosili, abym zaśpiewała swoje utwory, które na tę okazję ułożyłam.

Dla katechety to najpiękniejsza nagroda za "sianie ziarna Bożego" ...

TAKIE OWOCE pomagają wierzyć w ZMARTWYCHWSTANIE...

sobota, 18 lutego 2012

W KOGO WIERZĘ?

Jezusa szanuję, ale na zupełnie innych zasadach niż wierzący katolik. Nie wiem, czy spodoba Ci się to, ale dla mnie to był odważny człowiek, który chciał dobra dla ludzi i za to go zgładzono. Wiesz taka ateistyczna wersja. Podobają mi się również jego poglądy. Są po prostu ludzkie i demokratyczne. Może stanowić ideał i autorytet, dla mnie normalnie świecki, bez otoczki świętości. Natomiast w Zmartwychwstanie trudno mi uwierzyć.

***

Zastanawiam się nad swoją wiarą. Kim dla mnie jest Jezus? Co do Jego człowieczeństwa zgadzam się z obrazem opisanym wyżej. Nic dodać niż ująć. Jedyna różnica to ta, że ja wierzę w Zmartwychwstanie. Nie umiem jednak za bardzo uzasadnić słowami tej wewnętrznej pewności, jaką mam w sobie. Rodziła się ona we mnie pomalutku, od doświadczenia do doświadczenia, które stawało się moim udziałem w tej tajemnicy.

Zaczynam szperać w moim umyśle jak w kufrze z najcenniejszymi pamiątkami. Szukam w nim „pamiątek zmartwychwstania”, które zmieniły moje życie, dały poczucie sensu, sprawiły, że czuję się kochana nawet w tedy, gdy moja kondycja kochania nagle słabnie. Jest ich dość sporo w moim kufrze. Trudno o nich pisać, gdyż są za bardzo osobiste. Do dzielenia się nimi potrzeba intymności, o którą trudno w Internecie. Poza tym są takie cuda i dary Boże, które są przeznaczone wyłącznie dla konkretnej osoby.  I tylko ona jest w stanie je właściwie odczytać  i wykorzystać w kształtowaniu swojej wiary.

Każdy człowiek jest do takiej relacji z Bogiem zaproszony. Nie każdy jednak go przyjmuje. Przyczyny tego są różne: uprzedzenia, zranienia, przyzwyczajenia do własnych obrazów Boga, złe wychowanie w wierze, albo całkowity brak zainteresowania tą dziedziną życia człowieka... Nie do mnie należy osąd. 

Wiem jednak, że dla Boga nie ma nic niemożliwego  i brak naszej wiary nie jest barierą. Jedynym  kluczem do otwarcia się na to doświadczenie jest słowo – TAK, ale wypowiedziane w całkowitej wolności, pod żadnym przymusem z zewnątrz… jeszcze raz powtórzę … POD ŻADNYM PRZYMUSEM Z ZEWNĄTRZ!!! 

czwartek, 16 lutego 2012

NN ... ZA KOGO MNIE UWAŻASZ?

W drodze pytał uczniów: "Za kogo uważają Mnie ludzie?" Oni Mu odpowiedzieli: "Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków". On ich zapytał: "A wy za kogo Mnie uważacie?"

*** 

Kiedyś napisałam piosenkę pod tytułem „Kim jestem dla Ciebie Boże, że pamiętasz o mnie?”. Ponoć chwyta za serce.  Pamiętam emocje, jakie mi towarzyszyły w trakcie jej tworzenia. Były jak dotyk ręki Przyjaciela, jak ciepłe słowa, na które czeka się latami… Było też w nich pytanie  – „A ty Alicjo za kogo Mnie uważasz?” … i zamilkłam na dłuższą chwilę, bo to pytanie całkowicie mnie zamurowało.

*** 

A jednak to prawda – JEZUS ŻYJE i pamięta o mnie, nie jest postacią mityczną, ani bohaterem z kreskówek. Nie jest też iluzją, ani żadnym światopoglądem. Jest Osobą, która zaprasza do dialogu.  Ale jakże z Nim rozmawiać, gdy się nie zna  boskiego języka i myśli się wciąż po ludzku o sprawach bożych?  

*** 

Dzisiaj w klasie VI mówiłam o przygotowaniu duszy na rozmowę z Jezusem. Zbliża się bowiem czas bardzo szczególny dla chrześcijan: Wielki Post, który jest czasem łaski dla tych, którzy pragną doświadczyć żywej obecności Boga w sobie. Jest to czas, w którym Bóg zadaje każdemu to samo pytanie – NN  … za kogo Mnie uważasz?  

*** 

Postawa wobec tego pytania może być różna. Od ignorancji do pełnego skupienia. Przecież każdy z nas jest wolnym człowiekiem, więc może zrobić to, na co będzie miał ochotę. Jeżeli chodzi o mnie to szukam wciąż właściwej odpowiedzi. Czasem mi się zdaje, że mam ją prawie na wyciągnięciu dłoni, aby za chwilę zdać sobie sprawę z tego, że jest to tylko bardzo maleńki rąbek Bożej tajemnicy.

*** 

Dorastanie w wierze, to odchodzenie od myślenia "po ludzku" na rzecz myślenia "po Bożemu". To zadanie na całe życie dla chrześcijanina, który traktuje swoją wiarę choć troszkę poważnie.

wtorek, 14 lutego 2012

JAKI OBRAZ BOGA WYBRAĆ?

Bardzo lubię rozmowy, które zmuszają mnie do refleksji nad moją wiarą. Najgorzej bowiem przyzwyczaić się do jednego obrazu Boga i tkwić w nim do końca życia. Natrafiłam na blog bardzo sympatycznej osoby,  która napisała:


No tak, a teraz zapytam jako pedagog /…/  wiara katolicka w Polsce opiera się na smutku, boleści, przygnębieniu. Po co jeszcze dodawać taką wizję Jezusa?


Chodzi tu o czwartą Pieśń Sługi Jahwe z Księgi Izajasza, w której Jezus jest tak zmasakrowany, że ma się chęć jedynie zakryć twarz i na Niego nie patrzeć… tak Jego oblicze napawa wstrętem.


A może lepszy byłby dla praktykowania wiary obraz, na przykład, Jezusa spacerującego po łące w otoczeniu dzieci, baranków, apostołów itp. w jasnych pastelowych barwach (wcale nie musi to być obraz kiczowaty).


*** 
Tak sobie pomyślałam, że trudno jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć.

Przypomina mi się moja pierwsza świadoma decyzja pójścia za Jezusem. Było to końcem lat 70-tych. Wśród wspólnot chrześcijańskich, które miałam szczęście w tedy spotkać, zobaczyłam taką RADOŚĆ, RUCH, ZERO PRZYGNĘBIENIA, TANIEC i ŚPIEW na chwałę Bożą, że zrozumiałam co mieli na myśli ci, którzy  mówili o pierwszych chrześcijanach:  „Zobaczcie jak oni się miłują …” Patrząc na nich sama zapragnęłam takiego doświadczenia  w wierze.  Gdy poznałam potem niektóre historie z życia tych ludzi zdziwienie moje było jeszcze większe, bo po ludzku patrząc, nie było się wcale z czego cieszyć.

No i tak się zaczęła na poważnie moja przygoda z Kościołem.  Myślę, że gdybym tej radości nie skosztowała patrzyłabym na Kościół tak, jak moja znajoma z blogu. Bo co tu dużo mówić. … smutasów u nas nie brakuje. Czasem się zastanawiam dlaczego tak jest? I tylko jedno przychodzi mi na myśl, że nie potrafimy wprowadzić w życie tego, o czym mówi św. Paweł  … w doli czy niedoli, w dostatku, czy biedzie … radujcie się w Panu… powiadam radujcie się …

Łatwo powiedzieć… bo  jak się radować, gdy wokół tyle sytuacji śmierci? Sama ostatnio  doświadczyłam szyderczego uśmiechu złego losu.  Na myśl o  radosnych świętach Bożego Narodzenia cierpła mi skóra i miałam ochotę uciec jak najdalej od tych kolorowych choinek, zapalonych świeczek, czy prezentów pod choinkę. Nie mówiąc już o malutkim, roześmianym Dzieciątku tulącym się do piersi swojej Matki.  W tym okresie obraz Jezusa spacerującego po łące w otoczeniu dzieci, baranków, apostołów itp. w pastelowych barwach całkowicie do mnie nie przemawiał. Powiem więcej … dodawał mi jeszcze więcej bólu, był dla mnie kłamstwem na moją, konkretną sytuację.  

O wiele bliższy mi był Jezus opisany przez Izajasza w 53 rozdziale Starego Testamentu.  Każda Jego rana była wołaniem do mnie:

 … patrz, znam twój ból, jednoczę się z tobą, by ci ulżyć w cierpieniu, byś po okresie żałoby potrafiła się radować jak dawniej … patrz, dla ciebie pokonałem śmierć, by już tak mocno cię nie raniła…

I dopiero w tedy zrozumiałam, że ten malutki Jezus dla mnie się narodził i ... w tedy świeczki na choince, kolorowe bombki oraz kiczowate słodkie aniołki z bibuły przestały mnie tak mocno drażnić.

***

Jako pedagog i katecheta teraz odpowiadam.  

Nie mogę mydlić oczu moim uczniom, że życie usłane jest jedynie samymi płatkami róż. Gdyby tak było nie potrzebny by był nam Jezus, wiara w Niego, ani Kościół, w którym tajemnica walki Miłości ze śmiercią dokonuje się każdego dnia na ołtarzu. Prawda potrzebuje jednak równowagi. Nie można przedstawiać Boga tylko na jeden sposób. Nie jest on tylko zmasakrowanym Synem Boga. Jest także uśmiechniętym Dzieciątkiem wtulonym w piersi Matki, jak i Jezusem spacerującym po łące pełnych dzieci i białych baranków. O takim Jezusie pragnę im mówić, aby z małych rzeczy potrafili się bosko radować i z wielkich życiowych porażek potrafili się bosko podnosić. Bo w końcowym rozrachunku śmierć  została już pokonana mocą Bożej Miłości.

niedziela, 12 lutego 2012

CO MA WSPÓLNEGO KOŚCIÓŁ Z ORZECHEM?

Dzisiaj nasz ksiądz Proboszcz powiedział świetne kazanie o Kościele. Porównał go do orzecha. Trzeba odwagi, aby Instytucję Kościoła nazwać twardą skorupą, na której czasem zęby można sobie połamać. I nie jeden z nas sobie połamał… Można w tym miejscu się zatrzymać i biadolić nad ubytkiem w gębie. Wielu jest takich, ale mi z nimi nie po drodze.

Wolę pójść za tymi, którzy szukają bezpiecznych sposobów dotarcia do wnętrza. Poznałam wiele wspólnot chrześcijańskich, które znalazły skuteczny sposób. Owocem tym dzielili się jak opłatkiem. Był tak dobry, że przestałam się przejmować jakąkolwiek skorupą, którą zawsze można otworzyć MIŁOŚCIĄ, która cierpliwa jest, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego, nie unosi się pychą, we wszystkim pokłada nadzieję. 

***

Niektórzy usprawiedliwiają swoje odejście od Kościoła zgorszeniem, jakiego w nim doświadczyli. Myślę, że to nie ta droga, choć bardzo ubolewam nad tym, że zostali skrzywdzeni i daleko mi do wydawania sądu na kogokolwiek. Jestem jednak przekonana, że trwanie w Kościele zależy od samego człowieka i jego pragnienia kosztowania Boga. Inni mogą jedynie nam w tym pomóc, albo przeszkodzić. Wszystko zależy od twardości serca, czasem jest ono niestety z kamienia.

***

Niektórzy woleliby, aby orzech rósł bez żadnej skorupy, ale w tedy mówilibyśmy całkiem o czymś innym.

czwartek, 9 lutego 2012

MIŁOŚĆ NIE ZAWSZE DAJE POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA

Nie możemy od innych oczekiwać, że dadzą nam pełne poczucie bezpieczeństwa. Tego nikt nie daje, w znaczeniu przeżyć, nawet Jezus.  

***

Kiedyś myślałam nieco inaczej. Znam  już jednak tę bezsilność w dawaniu poczucia bezpieczeństwa  mojej córce, której nie mogłam uchronić  przed traumą, którą przeżyła. To, co mogłam zrobić to stanąć obok niej i cierpieć razem z nią. Ale Jezus ... ???!! 

Tutaj mój obraz Boga zaczyna się kruszyć. Wszak Wszechmocny, Wszechwiedzący, kochający bez ludzkich ograniczeń.  Przypomina mi się fragment z Ewangelii o burzy na jeziorze. Boski Nauczyciel jest przecież  świadomy tego, jak wielką traumą będzie dla uczniów burza na jeziorze. A jednak, pomimo tego, zabiera ich w nią. Prowadzi w samo centrum niepokoju.  Doświadczają lęku, który paraliżuje całkowicie ich działanie.  Z pewnością  zadają sobie pytanie – DLACZEGO NAS TO SPOTKAŁO?!  

Na szczęście są zdolni do wołania -  JEZU RATUJ, TONIEMY!!!  ....  i przychodzi pokój i uspokojenie

***

Kto z nas, chociaż raz w życiu nie zadał tego pytania DLACZEGO???
Ilu z nas zawołało potem  – JEZU RATUJ!!!

***

Może w odpowiedzi na te dwa pytania znajdziesz pokój duszy, którego szukasz od lat?

środa, 1 lutego 2012

TRUDNE WYBORY

Czytam opis burzy na jeziorze  i zastanawiam się nad tym po co Jezus zabrał tam swoich uczniów. Przecież wiedział, że będą się bali; poza tym w chwilach zagrożenia człowiek bardzo różnie się zachowuje. Emocje sięgają zenitu – od złości i gniewu do rozpaczy po zamknięcie się w sobie. Musiał więc to brać pod uwagę. Wszak Apostołowie byli wolnymi ludźmi, więc mogli wreszcie powiedzieć:

Nie! Mamy już dość!

I po ludzku może mieli by rację, bo jak długo można trwać w niepewności?
A jednak Nauczyciel zaryzykował. Puścił uczniów na głęboką wodę. Nie dał im poczucia bezpieczeństwa zasypiając na łodzi mówiąc w ten sposób: radźcie sobie sami, poznajcie lepiej siebie, swoje możliwości, myśli i lęki. Zdecydujcie sami komu chcecie zaufać. Jesteście przecież wolni.

***

Kto chce niech idzie za Mną … no właśnie … kto chce …

Przypomina mi się pewien wyjazd z uczniami do zakonu Benedyktynów w  Biskupowie na trzydniowe rekolekcje. Początkowo miała jechać 30 – osobowa grupa i dwoje opiekunów. Okazało się, że zostałam sama. Trudno mi było się wycofać z obietnicy, że z nimi pojadę, ale w jakiś sposób musiałam ograniczyć liczbę osób do 15 – stu.  Wpadłam na pomysł, że podniosę wysoko poprzeczkę swoich wymagań, aby wykruszyli się ci niepokorni, których się bałam najbardziej. Napisałam wymagający program: pobudka 5.30…  jutrznia … śniadanie ….. obowiązkowa msza święta …. zmywanie naczyń, gotowanie …. 22.00 cisza nocna. Przedstawiłam program, mając nadzieję, że wyeliminuję te osoby, które delikatnie mówiąc były „niereformowalne”. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu pierwsze odpadły dziewczęta z pierwszych ławek kościelnych, potem grupka ministrantów. Na liście zostało 10 chłopców i 5 niewiast, które bardzo lubiłam, ale miałam z nimi niezłą jazdę na katechezie. 

Ok! – jadę z wami, ale stawiam jeszcze dodatkowy warunek – 100% posłuszeństwa, albo wypad, jeżeli ktoś złamie zasadę, bo wstydzić się nie mam zamiaru.

Usłyszałam: 

Ok! Nie zawiedzie się pani.

Byli niesamowici!!! Stawali o 5.30 …. szli na mszę …. i dwa razy cisza nocna zaczynała się o 22.00. Zadziwiali mnie z każdą minutą, a jak ta „moja banda” ustawiła się w kolejce do spowiedzi to szczena mi po prostu opadła ze zdumienia.

No dobra, zaskoczyliście mnie na maksa, dzisiaj to ja łamię zasadę – nie ma ciszy nocnej, zamiast niej jest nocne czuwanie przy ognisku, gitarze i bluesie, który uwielbiam grać i śpiewać.

Tym razem to im się zaświeciły oczy ze zdumienia. Nocne rozmowy trwały do samego rana. Na początku byli z nami cudowni bracia Benedyktyni z Ojcem Ludwikiem Mycielskim na czele. Pozwoliliśmy sobie na małe refleksje. Nie wytrzymałam, aby nie zapytać o to, co mnie nurtowało od samego początku:

Jak wyobrażaliście sobie ten pobyt tutaj, bo nie ukrywam, że najmniej się spodziewałam, że to właśnie wy ze mną będziecie.

No i usłyszałam odpowiedź:

Szczerze? … no to wpierw myśleliśmy, że będziemy spać w trumnie, potem, że to będzie najtrudniejsza  szkoła przetrwania … okazało się jednak, że warto było polecieć w ten kosmos, bo nigdy w życiu nie doświadczyliśmy czegoś podobnego. Jezus stał się konkretnym gościem, którego warto czasem posłuchać.

Uffff… choć minęło od tamtego wypadu ponad 15 lat nadal jest on dla mnie boskim znakiem trzymającym mnie na powierzchni „wzburzonego mocno jeziora podczas okropnej burzy”.