środa, 1 lutego 2012

TRUDNE WYBORY

Czytam opis burzy na jeziorze  i zastanawiam się nad tym po co Jezus zabrał tam swoich uczniów. Przecież wiedział, że będą się bali; poza tym w chwilach zagrożenia człowiek bardzo różnie się zachowuje. Emocje sięgają zenitu – od złości i gniewu do rozpaczy po zamknięcie się w sobie. Musiał więc to brać pod uwagę. Wszak Apostołowie byli wolnymi ludźmi, więc mogli wreszcie powiedzieć:

Nie! Mamy już dość!

I po ludzku może mieli by rację, bo jak długo można trwać w niepewności?
A jednak Nauczyciel zaryzykował. Puścił uczniów na głęboką wodę. Nie dał im poczucia bezpieczeństwa zasypiając na łodzi mówiąc w ten sposób: radźcie sobie sami, poznajcie lepiej siebie, swoje możliwości, myśli i lęki. Zdecydujcie sami komu chcecie zaufać. Jesteście przecież wolni.

***

Kto chce niech idzie za Mną … no właśnie … kto chce …

Przypomina mi się pewien wyjazd z uczniami do zakonu Benedyktynów w  Biskupowie na trzydniowe rekolekcje. Początkowo miała jechać 30 – osobowa grupa i dwoje opiekunów. Okazało się, że zostałam sama. Trudno mi było się wycofać z obietnicy, że z nimi pojadę, ale w jakiś sposób musiałam ograniczyć liczbę osób do 15 – stu.  Wpadłam na pomysł, że podniosę wysoko poprzeczkę swoich wymagań, aby wykruszyli się ci niepokorni, których się bałam najbardziej. Napisałam wymagający program: pobudka 5.30…  jutrznia … śniadanie ….. obowiązkowa msza święta …. zmywanie naczyń, gotowanie …. 22.00 cisza nocna. Przedstawiłam program, mając nadzieję, że wyeliminuję te osoby, które delikatnie mówiąc były „niereformowalne”. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu pierwsze odpadły dziewczęta z pierwszych ławek kościelnych, potem grupka ministrantów. Na liście zostało 10 chłopców i 5 niewiast, które bardzo lubiłam, ale miałam z nimi niezłą jazdę na katechezie. 

Ok! – jadę z wami, ale stawiam jeszcze dodatkowy warunek – 100% posłuszeństwa, albo wypad, jeżeli ktoś złamie zasadę, bo wstydzić się nie mam zamiaru.

Usłyszałam: 

Ok! Nie zawiedzie się pani.

Byli niesamowici!!! Stawali o 5.30 …. szli na mszę …. i dwa razy cisza nocna zaczynała się o 22.00. Zadziwiali mnie z każdą minutą, a jak ta „moja banda” ustawiła się w kolejce do spowiedzi to szczena mi po prostu opadła ze zdumienia.

No dobra, zaskoczyliście mnie na maksa, dzisiaj to ja łamię zasadę – nie ma ciszy nocnej, zamiast niej jest nocne czuwanie przy ognisku, gitarze i bluesie, który uwielbiam grać i śpiewać.

Tym razem to im się zaświeciły oczy ze zdumienia. Nocne rozmowy trwały do samego rana. Na początku byli z nami cudowni bracia Benedyktyni z Ojcem Ludwikiem Mycielskim na czele. Pozwoliliśmy sobie na małe refleksje. Nie wytrzymałam, aby nie zapytać o to, co mnie nurtowało od samego początku:

Jak wyobrażaliście sobie ten pobyt tutaj, bo nie ukrywam, że najmniej się spodziewałam, że to właśnie wy ze mną będziecie.

No i usłyszałam odpowiedź:

Szczerze? … no to wpierw myśleliśmy, że będziemy spać w trumnie, potem, że to będzie najtrudniejsza  szkoła przetrwania … okazało się jednak, że warto było polecieć w ten kosmos, bo nigdy w życiu nie doświadczyliśmy czegoś podobnego. Jezus stał się konkretnym gościem, którego warto czasem posłuchać.

Uffff… choć minęło od tamtego wypadu ponad 15 lat nadal jest on dla mnie boskim znakiem trzymającym mnie na powierzchni „wzburzonego mocno jeziora podczas okropnej burzy”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz