niedziela, 2 grudnia 2012

DOTYK BOGA

Otwieram następny temat -  DOWODY NA ISTNIENIE i DZIAŁANIE MIŁOŚCI BOGA, który jest kontynuacją DIALOGU ŻYWYCH. 







W jednym dniu usłyszałam  dwie wypowiedzi: 


  • "dobrze wiesz, że nie ma dowodów na to, że jest [Bóg] i na to, że Go nie ma :) Ty wierzysz, że jest, ja twierdzę, że Go nie ma i całej dyskusji nie byłoby, gdyby był to w tę lub w tę stronę udowodnione:)"
  • "Człowiek (przynajmniej ja) zawsze będzie wątpić. Nigdy się od tego nie uwolnię. Mogłabym wylać z siebie ocean wątpliwości, lęku, niepewności. Jednak odpycham od siebie to wszystko, nie szukam odpowiedzi. Pozostaje nadzieja, której się trzymam gdy wiary brakuje. Nie mam i nigdy nie otrzymam tej wewnętrznej pewności, której szuka J. Ja chcę uwierzyć w miłość Boga, chcę iść do Nieba i cieszyć się wiecznym szczęściem, którego chwilami się boję. Pomyśl, szczęśliwie, pozbawione cierpienia życie....... Nie do ogarnięcia umysłem, emocjami, wyobraźnią. Wieczna Miłość. Może to infantylne, ale ja nie czuję miłości ze strony drugiego człowieka. Ale to chyba nie jest takie ważne.... Gdybym nigdy nie poczuła dotyku Boga, Jego obecności, nie dałabym rady. W chwilach zwątpienia sięgam do "pamięci mojego serca i duszy".  Nie mam wtedy siły i odwagi, aby odrzucić Jego miłość, nawet jeśli jej nie "czuję".



      No właśnie ... DOTYK BOGA ... mam ich sporo w swojej pamięci serca i duszy. One są dla mnie kołem ratunkowym w chwilach zwątpienia. Trudno o nich pisać, łatwiej o nich jest mówić 'twarzą w twarz' ... czas pokarze ...


      -  co lepiej zrobić?
      -  co będzie bardziej wiarygodne?
      - co z pewnością nie przekona tych, którzy z przekorą będą twierdzić, że Boga nie ma.
      - co wzbudzi refleksję wśród tych, którzy szczerze poszukują Tajemnicy - tajemnic.


      *** 


      "Bóg jest zawsze w pobliżu ludzi okazujących sobie miłość." 

      / Johann Heinrich Pestalozzi / 


      Może warto poszukać tego DOTYKU BOGA 
      w dotyku dobrych ludzi, których spotkaliśmy w życiu?


      *** 


      1 DOTYK: 

      http://profeto.net.pl/l/2596/21/9/rekolekcje,889.html

      42 komentarze:

      1. http://gloria24.pl/internetowe-rekolekcje-adwentowe-2012-nocny-zlodziej-Szustak

        t.

        OdpowiedzUsuń
      2. "co z pewnością nie przekona tych, którzy z przekorą będą twierdzić, że Boga nie ma."
        Zaraz, zaraz... dlaczego zaraz z przekorą- przekora trąca o upór deczko złośliwy. Ja tam z przekorą nie twierdzę, iż Go nie ma. Ja ciągle refleksyjnie i ciągle z ostrożnością, bo przecież napisałam- nie ma dowodów na JEST i nie ma dowodów na NIE MA.

        OdpowiedzUsuń
        Odpowiedzi
        1. Jaskółko droga ... :)

          Rozmawiam również z takimi, którym przekora nie jest obca i nie ma w nich refleksji, którą widzę u Ciebie.

          Czasami pierwsza przestaję z nimi dyskutować, bo według mnie nie ma to żadnego sensu. Człowiek, aby cokolwiek usłyszeć - musi mieć ucho otwarte.

          Niektórzy sami i z przekorą je zasłaniają czym się da, a potem mówią, że świat obok nich jest głuchy, jakby niemy.

          To ich miałam na myśli - pisząc o przekorze. Bez złośliwości, lecz z pewnym smutkiem o takich osobach myślę. Jest to jednak konsekwencja ich wolnego wyboru - i ja to, choć niechętnie, pragnę również uszanować.


          Usuń
        2. Czyżbym stała się lekko przewrażliwiona? Faktycznie, pewnie sporo ludzi mówi z przekorą. Sama znam paru takich.

          Usuń
      3. https://www.youtube.com/watch?v=6HywSl3K7y8

        Opublikowano o 10 mar 2012

        „...Uciekałem z domu. Były meliny, paserstwo, kradzieże. Wdepnąłem w niezłe bagno. Byłem marionetką diabła. Takim pędzelkiem, którym on malował sobie zły świat na ziemi. Wydawało mi się, że robię dobre rzeczy, a z każdym dniem umierałem. Ćpałem coraz więcej. Któregoś razu, po kolejnym zatrzymaniu przez policję, dostałem ultimatum -- albo z tym kończę, albo idę do kryminału. Załamał się mój świat, nie miałem nic. Stałem przyćpany na ulicy i płakałem: Jezu, jeśli naprawdę jesteś, to zmień moje życie". Tak mówił Dobromir „Mak" Makowski podczas spotkania w Bazylice o Bernardynów w Rzeszowie. Jezus go wysłuchał, wyciągnął swą pomocną dłoń, której on kurczowo się uchwycił. Dzisiaj jeździ po Polsce z programem antynarkotykowym „Rap Pedagogia" i wykonując utwory o charakterze ewangelizacyjnym opowiada swoją historię, mówi dzieciom i młodzieży, że można żyć lepiej, mają przecież prawo do dobrego życia. Zachęca, aby zaufały Bogu, tak jak on to uczynił w przeszłości. Bóg rozświetlił ciemności jego życia, życia, które sięgnęło dna; całkowicie odmienił jego los.

        OdpowiedzUsuń
      4. Cały dzień myślałam o tym Dotyku. Nie mogę tutaj dyskutować, bo ten post dotyczy osobistych doznań ludzi wierzących. Z czymś tak osobistym "nie dyskutuje się". Jedynie mogę o tym przeczytać z wielkim zainteresowaniem. Kiedyś na Twoim blogu stwierdziłam, że jest wiele dziwnych rzeczy niewytłumaczonych i do relacji o nich podchodzę ostrożnie, tzn. nie wyśmiewam nie kpię. Jeżeli ktoś niewytłumaczalne zjawisko nazywa Dotykiem Boga, to pewnie tak czuje.
        A tak nawiasem- śliczna nazwa :) coś jak dotyk Anioła :))

        OdpowiedzUsuń
      5. malutkie sprostowanie:

        ... osobistych doznań LUDZI NIEWIERZĄCYCH, dla których dotyk Boga, zanim go nie doświadczyli - był takim, jakim go opisujesz.

        Dzisiaj natrafiłam na ten filmik, warto posłuchać wszystkich części. Trochę to czasu kosztuje, ale zachęcam ... myślę, że wiele wątków tam znajdziesz, które poruszałyśmy w DIALOGU ŻYWYCH.

        Bardzo bym się cieszyła, gdyby ten dotyk był twoim doświadczeniem. Nie jestem jednak Jego autorem. Wiem jednak, że przynosi on szczęście, którego pragniesz.

        Różnie on dotyka ... czasem łzy szczęścia lecą ciurkiem obmywając wewnętrzne rany duszy.

        DAR ŁEZ ... to kolejne dziwne zjawisko, niewytłumaczalne dla
        wielu, po nich wielu odkrywa prawdziwe oblicze Boga :)

        OdpowiedzUsuń
      6. Dlaczego LUDZI NIEWIERZĄCYCH?

        Ano dlatego, że dopiero po tym doświadczeniu zaczęli oni na nowo przyglądać się Ewangelii i na nowo wybierać drogę dla siebie.

        Jest to o tyle ciekawe zjawisko, że wbrew wszelkim domniemaniom - nie każdy z DOTKNIĘTYCH - wybiera drogę wiary.

        DOTYK BOGA - DAJE DOŚWIADCZENIE BLISKOŚCI

        WIARA - jest wolnym wyborem człowieka, który może, lecz nie musi pójść dalej za doświadczeniem, które zostaje w sercu człowieka na pamiątkę "bliskiego spotkania ze Stwórcą". Te pamiątki pełnią rolę koła ratunkowego w kryzysach wiary.

        OdpowiedzUsuń
      7. "Ano dlatego, że dopiero po tym doświadczeniu zaczęli oni na nowo przyglądać się Ewangelii i na nowo wybierać drogę dla siebie."

        "Jest to o tyle ciekawe zjawisko, że wbrew wszelkim domniemaniom - nie każdy z DOTKNIĘTYCH - wybiera drogę wiary."
        Czyli ten Dotyk nie był na tyle mocnym doświadczeniem, ze by uwierzyć albo ludzie ci nie chcą żyć w dwuznaczności. Ja już mówiłam- po tylu latach nie jestem w stanie uwierzyć. Być może oni również.
        Poza tym, jak poznać, że to jest Dotyk Boga? Czy właśnie wierzący nie narzucają nazewnictwa pewnemu rodzajowi doświadczeń- nie zawsze definiowalnych- i koniecznie chcą, żeby weszły one w kanon sfery religijnej?
        Czy moje mocne uniesienie koniecznie trzeba nazywać Dotykiem Boga? Czy pewien splot wydarzeń także?

        OdpowiedzUsuń
      8. "WIARA - jest wolnym wyborem człowieka, który może, lecz nie musi pójść dalej za doświadczeniem, które zostaje w sercu człowieka na pamiątkę "bliskiego spotkania ze Stwórcą". Te pamiątki pełnią rolę koła ratunkowego w kryzysach wiary."
        Coś mi tu nie gra. Jeżeli człowiek dotknięty, nadal nie wierzy, to jak może korzystać z tego "Dotyku" jako koła ratunkowego podczas kryzysu?
        To chyba nie jest tak, że jak trwoga, to do Boga? Nie, w przypadku niewierzących na pewno nie. Po pierwsze, nie odczuwa tego Dotyku, a przynajmniej nie nazywa tak tego, bo jeżeli nie wierzy, to nie myśli o Bogu. Jak nie myśli o Bogu i nie odczuwa zdarzenia jako Dotyku, to nie stosuje tego jako koło ratunkowe.

        OdpowiedzUsuń
      9. Poeta może mieć natchnienie, lecz wcale nie musi podjąć wysiłku napisania wiersza.

        Inspiracja jednak pozostanie w pamięci - bo była tak silna, że nie sposób jej zapomnieć. czasem po latach się do niej wraca.

        Pisanie jest związane z działaniem twórczym, podjętym wysiłkiem, znajomością reguł i zasad ...

        OdpowiedzUsuń
      10. Gdy osiągnęłam swoje "dno" a później starałam się przyjąć łaskę wiary, wydawało mi się, że odkąd sięgnę pamięcią nigdy się nie modliłam, Bóg zawsze był mi obojętny. Prawie udało mi się w to uwierzyć. Gdy mój spowiednik usłyszał, że praktycznie nigdy się nie modliłam usłyszałam "nie wierzę". Te dwa słowa nie dawały mi spokoju, spowodowały, że zaczęłam szukać śladów obecności Boga w mojej przeszłości, w dzieciństwie. Udało mi się je odnaleźć.Zadziwiające jakie detale wyparte z pamięci potrafią do nas powrócić.
        Niesamowite zobaczyć Boga oczami dziecka będąc dorosłym człowiekiem.
        t.

        OdpowiedzUsuń
      11. Czy moje mocne uniesienie koniecznie trzeba nazywać Dotykiem Boga?
        Bóg dotyka w różny sposób, niekiedy "bolesny".


        "Czy właśnie wierzący nie narzucają nazewnictwa pewnemu rodzajowi doświadczeń- nie zawsze definiowalnych- i koniecznie chcą, żeby weszły one w kanon sfery religijnej?"
        Nie obchodzi mnie nazewnictwo, "kanon sfery religijnej". Nie rozprawiam dookoła o tym co dla mnie było "dotykiem Boga", nie chcę nikogo przekonywać.
        t.

        OdpowiedzUsuń
        Odpowiedzi
        1. Ja nie czuję się przekonywana, nie czuję presji (no może czasami leciutką). Pytam,
          myślę, szukam :)

          Usuń
      12. Witaj Jaskółko

        Piszesz:

        Czy moje mocne uniesienie koniecznie trzeba nazywać Dotykiem Boga? Czy pewien splot wydarzeń także?

        Jakże mogłabym twoje uniesienia nazywać czymkolwiek? Nie znam ich, nie jestem ich świadkiem, nie widzę twoich myśli, ani nie znam twoich wydarzeń.

        Tak osobiste spotkanie właściwie nazwać może jedynie ten, którego to spotkanie dotyczy. Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę na to, że jeżeli ktoś się wypowiada na temat osobistego spotkania się z Bogiem mówi z reguły O SWOIM DOŚWIADCZENIU i O SWOIM ROZUMIENIU tego faktu.

        Słuchacz może ten fakt przyjąć za fałszywy, lub prawdziwy. No i oczywiście może przejść obok niego całkowicie obojętnie.

        Ale - to nie wpłynie na odczuwanie tego, który dobrze wie, o czym chce powiedzieć.

        OdpowiedzUsuń
        Odpowiedzi
        1. Ano własnie o tym mówiłam na samym początku dyskusji. Odczucia są osobistymi odczuciami i nie mogę im przeciwstawiać moich przekonań, niemniej stawiam pytania.
          Sama przyznasz, że ciągle operujesz pewnikami (bo mocno wierzysz), a ja niepewnością i wątpliwościami ( bo wydaje mi się to niemożliwe, nielogiczne)

          Usuń
      13. Przyznam ... operuję pewnikami :)))Łapię się jednak i na tym, że dopadają mnie również wątpliwości i zwątpienia. Czy w twoim przypadku jest podobnie - lecz na odwrót?

        OdpowiedzUsuń
        Odpowiedzi
        1. Moim pewnikiem jest to, ze Biblia jest księgą mitów, baśni, poezji, przykazań,historii plemion, spisaną podczas wielu wieków. Poza tym nic nie jest pewnikiem. A ponieważ czytam różne materiały mówiące o redakcjach, interpretacjach Biblii, odkryciach nowych np. papirusów o treściach religijnych, odkryciach archeologicznych itp. utwierdzam się w tym, że Kościół nieźle narozrabiał w kwestii przekazu biblijnego. I w sumie bardzo opłaciło mu się to.

          Usuń
        2. Długo się zastanawiałam, czy wysłać moją odpowiedź. Stawiam jednak wszystko na szali ... twoje zdanie na mój temat, twoje wzburzone myśli i gniew, które być może sprowokuję, twoje wzburzenie na to, co powiem i chyba z czym najtrudniej będzie jest mi się pogodzić - to może się i tak zdarzyć, że dam ci kolejny argument na twoją niewiarę.

          NIE CHCĘ TEGO!!! :((( - ale brak mi już cierpliwości do tego obracania się w kółko Macieja wokół grzeszności człowieka.

          Jestem takim człowiekiem i nie zmienię historii ... ani swojej, ani innych ludzi.

          NIE CHCĘ SIĘ JEDNAK STALE OBRACAĆ W TYŁ I PATRZEĆ WSTECZ, ABY SZUKAĆ ŚLADÓW WILKÓW, KTÓRE SIĘ WZAJEMNIE POGRYZŁY. ZNAM ICH LOS i nie chcę tego losu powielać. Dlatego szukam pomocy w Bogu i ją otrzymuję. Idę małymi kroczkami, małymi kroczkami idą moi przyjaciele w wierze i ich zwycięstwa dają mi siłę iść dalej - do PRZODU KU MIŁOŚCI i ŻYCIU.

          Piszesz:

          "utwierdzam się w tym, że Kościół nieźle narozrabiał w kwestii przekazu biblijnego. I w sumie bardzo opłaciło mu się to."

          Pewnie, że narozrabiał, gdyż z ludzi grzesznych i rozrabiających jest złożony ... lecz w ten sposób rozrabia każdy z nas ... wierzący i niewierzący ... do tego nie potrzebna jest rzeczywistość Kościoła, z którego wciąż robisz kozła ofiarnego, na którym wieszasz wszystko, co popadnie.

          Nie jestem również pewna tego, czy Kościołowi SIĘ TO OPŁACIŁO? Moim zdaniem - nie! Gdyż dało argumenty tym, którzy jak wleźli w brudy KK - to już nie mają siły podnieść nieco wyżej głowy, by zaczerpnąć świeżego powietrza.

          Czy Ty Jaskółko nic dobrego nie widzisz w życiu dzisiejszego Kościoła? Nie znasz żadnego kapłana, który nie idzie za kasą i brudem tego świata? Czy nie znasz osobiście chociaż jednego człowieka, który żyje wiarą na co dzień?

          Nie jestem dobra, ani święta; moje słowa też mogą być gorzkie. Dzisiaj taka jestem, nie inna, nie słodka, nie do rany przyłóż ... a mimo to NIE MÓWIĘ, ŻE BÓG JEST TAKI JAK JA.

          WIERZĘ, że BÓG JEST i w obliczu smutnej prawdy o mnie nie zostawi Cię samą, ani też mnie nie pogrąży, iż dzisiaj stałam się zgorszeniem dla Ciebie - osoby niewierzącej.

          WIERZĘ też, że wśród tych "rozrabiających" [dzisiaj ja taka jestem] znaleźli się i tacy, którzy pod wpływem łaski przestali rozrabiać i swoim życiem pokazali, że BÓG KOCHA KAŻDEGO BEZ WYJĄTKU - CIEBIE TEŻ!!! Mam nadzieję, że takich spotkasz jeszcze na swojej drodze.

          Nie wiem, czy po moich słowach odezwiesz się jeszcze. Nie chciałabym tracić z tobą dialogu, a na samą myśl, że możesz się ode mnie odwrócić - łezka w oku się kręci - ale nie potrafię trwać w inteligentnych konwenansach, grzecznych uniformach, maskach, które się zakłada w tedy, gdy się nie chce kogoś stracić ... ja nie potrafię w nich oddychać i się duszę.

          Przepraszam za te trudne słowa. Wbrew temu, co możesz o mnie teraz pomyśleć - NAPRAWDĘ MI NA TOBIE ZALEŻY. Ale w to - to już z pewnością nie uwierzysz, bo do tego trzeba dobrego nastawienia do ludzi wierzących, którego ja dzisiaj nie bardzo widzę. Boli mnie twoje ciągłe wątpienie i ta stała podejrzliwość ... masz do tego prawo ... takie samo, jak ja mam prawo do bólu, który teraz czuję w sercu.

          ***

          CZYŻBY CZŁOWIEK BYŁ JEDYNIE WIELKIM GRZECHEM!!!

          Usuń
        3. O rany:) Spokojnie :)Znowu za dużo :) GRZECH- Alicjo- był, jest i będzie, bo jest w nomenklaturze wiary chrześcijańskiej jednym z podstawowych pojęć. Kto ciągle mówi o grzechu pierworodnym? Kto ciągle straszy piekłem grzeszników? Kto mówi i męczeńskiej śmierci Jezusa za grzechy ludzi? KOŚCIÓŁ!
          I ja nie chcę należeć do takiej społeczności, w której to pojęcie- grzech- jest główną "metodą wychowawczą". Ty- Alicjo, jesteś wyjątkiem od reguły. To Ty się rozejrzyj i popatrz, jak działają kapłani KK. Popatrz,jak postępują wobec swoich wiernych.
          Znam księży uczciwych, prawych. Nie tylko tych paskudnych.
          Alicjo, buntujesz się dokładnie tak samo, jak ja. Ja ciągle protestuję, kiedy wierzący przypisują złe cechy i złe postępowanie niewierzącym, a głównie, że ci nie przestrzegają Dekalogu (tak jakby Dekalog był jedynym kanonem przyjętych norm społecznych).
          Ty, odstająca na + od swych koleżanek katechetek, protestujesz, kiedy mówię o nieprawidłowościach KK i niemoralnym postępowaniu wierzących. One przeszłyby nad moimi słowami obojętnie.
          Wierzysz w dobro, wierzysz w prawego człowieka. Przypominasz mnie, kiedy miałam 20 lat mniej i nie doznałam jeszcze krzywd ze strony ludzi. Też wierzyłam, że ludzie są prawi, porządni i nie robią tak wielkich świństw innym, a na pewno nie znajomym i kumplom.
          Zakładanie, że ludzie wierzący są dobrzy, bo wierzą w Boga i powinni przestrzegać Dekalogu, jest ogromnym błędem. Chyba też ten błąd popełniasz, dlatego dotyka Cię ich krytyka.
          Wątpienie jest moją naturą, ale nie podejrzliwość. Nie rozumiem, dlaczego dopatrujesz się w moich dociekaniach podejrzliwości? Owszem, drążę, jestem bardzo uparta, szukam logiki, przedstawiam czasem szokujące tezy, ale nie jestem przeciwko wierzącym. jestem przeciwko postępowaniu wierzących, a to różnica.
          I przepraszam, jeżeli Cię zraniłam. Nie mam takich intencji, żeby kogoś ranić, a zwłaszcza Ciebie.
          Alicjo, nigdy nie dałam nikomu z wierzących do zrozumienia, że nim gardzę, nie podoba mi się jego wiara (wiara, a nie postępowanie), nikogo nie wyśmiałam, że wierzy w Boga, w którego ja nie wierzę (bo według mnie On nie istnieje). Natomiast sama doznałam ze strony wierzących wiele upokorzeń i byłam niejednokrotnie atakowana jako niewierząca, czyli ta gorsza.
          Wracając do KK i kozła ofiarnego- złe pojęcie. KK narozrabiał i to są fakty. Kozioł ofiarny? KK ma się dobrze i puchnie z dumy. Alicjo- dla mnie KK to instytucja, a nie wierni. A na dodatek, to nie chodzi tylko o działalność KK na przestrzeni wieków, ale o jego współczesne oblicze.
          Gdyby wierni katoliccy powrócili do idei wspólnoty religijnej bez "administracji", tylko na dobre by im to wyszło.
          Bardzo utożsamiasz się z KK, a ja Ciebie widzę jako wierząca, ale z daleka od tej całej obłudy.

          Usuń
        4. Uff:)dobrze, że jesteś!

          PISZESZ: Kto ciągle mówi o grzechu pierworodnym? /.../ KOŚCIÓŁ

          Prawda o grzechu jest punktem wyjścia. Jezus po to się narodził, aby pokonać grzech. Nie uciekam od prawdy o naszych kapłanach, że są tacy, którzy z imieniem Jezusa na ustach podnoszą rękę na brata. TA PRAWDA MNIE BOLI!Chyba jeszcze bardziej niż ludzi niewierzących. Zdaję sobie bowiem sprawę z tego, że swoją postawą odstraszają od Jezusa, który JEST ICH PRZECIWIEŃSTWEM.

          Zapewne zapytasz - DLACZEGO ICH TAK BRONIĘ? Odpowiem szczerze. Ze względu na to, że są KAPŁANAMI JEZUSA, który nie bał się powierzyć im SIEBIE W SAKRAMENTACH ŚWIĘTYCH. Dla tych SAKRAMENTÓW zrobię wszystko!

          - będę się modlić o łaskę nawrócenia
          - będę prosić o dar słowa dla nich
          - będę ich upominać
          - będę się modlić o powołania kapłańskie

          Nie wyobrażam sobie tego, że nie spotkam się:

          - z Jezusem niszczącym śmierć w Sakramencie Chrztu
          - z Jezusem przebaczającym w Sakramencie Pokuty
          - z Jezusem miłującym w Sakramencie Eucharystii
          - z Jezusem leczącym w S. Namaszczenia Chorych
          - z Jezusem umacniającym w wierze w S. Bierzmowania
          - z Jezusem budującym miłość w S. Małżeństwa
          - z Jezusem dającym mi Siebie dzięki S. Kapłaństwa

          Jezus powołał kapłanów, abym mogła się spotkać z MIŁOŚCIĄ. Także Judasze są wśród nich, ich ręce są brudne. Gdy jest to możliwe uciekam od nich daleko. Gdy jednak bliżej nie ma lepszych to idę do nich. Jest to najtrudniejsza próba wiary, ale PRAGNIENIE BOGA zwycięża ludzką odrazę, która rodzi się we mnie podobnie jak w tobie.

          PISZESZ:

          Kto ciągle straszy piekłem grzeszników?/.../ KOŚCIÓŁ

          PIEKŁO - to brak MIŁOŚCI, ciemność, lęk, strach, nienawiść. Powołaniem Kościoła jest wołać głośno:

          - Nie lękajcie się!
          - Otwórzcie drzwi Chrystusowi?
          - Pokój Wam
          - Idźcie za światłem.

          "Choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę bo Ty jesteś ze Mną" - mówi Psalmista

          "straszenie" - to nie pedagogika Jezusa, ale złych katechetów. Jezus daleki jest od straszenia kogokolwiek. Mówi jednak prawdę o skutkach cywilizacji śmierci, które człowiek może omijać, gdy jest ich świadomy.

          PISZESZ: Kto mówi o męczeńskiej śmierci Jezusa za grzechy ludzi? KOŚCIÓŁ

          Ja także i to na każdym kroku. Nie zatrzymuję się jednak na KRZYŻU,IDĘ DALEJ, KRZYCZĘ WRĘCZ O ZMARTWYCHWSTANIU!

          Bez wiary w Zmartwychwstanie Jezusa wszystko jest niezrozumiałe, nielogiczne, nie do przyjęcia, podlegające zwątpieniu. W moim życiu wiele się dokonało znaków zmartwychwstania, których nie da się wytłumaczyć tym, którzy o Bożej Miłości chcą rozprawiać pod rzeczywistością krzyża. Trzeba się posunąć o trzy dni do przodu. To miałam na myśli mówiąc o "kręceniu się w kółko Macieja". Mówiąc stale o słabości człowieka kręcimy się ciągle wokół krzyża i nie zauważamy, że był on narzędziem walki ze złem.

          Zwycięstwo można doświadczyć przy pustym grobie - i tego Ci życzę Jaskółko z głębokości serca, które bardzo się cieszy, że nie odleciałaś daleko :)

          Usuń
        5. "Zapewne zapytasz - DLACZEGO ICH TAK BRONIĘ? Odpowiem szczerze. Ze względu na to, że są KAPŁANAMI JEZUSA, który nie bał się powierzyć im SIEBIE W SAKRAMENTACH ŚWIĘTYCH. Dla tych SAKRAMENTÓW zrobię wszystko!"
          Nie, wcale nie odbieram, że bronisz kapłanów, którzy zeszli z drogi uczciwej wiary i postępowania według chrześcijańskich prawideł. Starasz się ich poste postępowanie tłumaczyć zgodnie z nauką Kościoła- zbłądzili. I dobrze. Jako wierząca nie możesz pewnie inaczej. Tu wchodzi w grę ta umiejętność chrześcijańskiego zrozumienia i wybaczania.Tak nauczał Jezus, tak wierzący powinni postępować.
          Ja nie muszę tak daleko sięgać. jak nazywam postępowanie złym, to nie muszę wybaczać. I nie widzę potrzeby. Mogę, i najczęściej staram się, ale nie muszę. Tu zahaczamy o te wspomnianą i omawianą miłość do drugiego człowieka. Wierzący , zgodnie z nauką Jezusa, powinien kochać bliźniego i kiedy tego nie robi ma zapewne lekkie poczucie winy, bo nie wypełnia nauki. Ja nie muszę nikogo kochać. Powinnam szanować człowieka, bo to zgodne z moim kodeksem moralnym, ale nie muszę go kochać. powinnam szanować każdego, ale... są ludzie, którzy nie zasługują nawet na szacunek. nikt mnie wtedy nie zmusi, żeby np. łotra szanować, bo tak każe nauka, lub, mam go kochać, bo tak mówił Jezus.
          Człowiek sam z siebie nie ma tendencji nadstawiania drugiego policzka w obliczu własnej krzywdy. Nauka Kościoła niejako przymusza do takiej sytuacji. Bez obrazy oczywiście. Przecież, kiedy nie wybaczysz paskudzie, to naruszasz zasady nauki kościelnej/ wiary w słowa Jezusa.
          To straszenie- tak, źle się dzieje na lekcjach religii, kiedy dzieci nie uczy się miłości, szacunku, a straszy się je grzechem i piekłem. I przyznasz, że to jest bardzo częste zjawisko.
          Pojęcie- cywilizacja śmierci, jest nadużywane, wszędzie się go pcha, a tak naprawdę nie bardzo jest odpowiednio zdefiniowane.
          Alicjo- mocno Cię podziwiam, bo trwasz w swoich przekonaniach bardzo i wiesz, czego pragniesz. mało wierzących z taką postawą wobec swojej wiary i wobec Kościoła spotkałam. Dlatego cieszę się, że mogę tu bywać i pisać herezje :) i nie odbieraj moich słów jako atak. Czasem są bluźniercze, ale zbyt wiele tu znaków zapytania, a nie mówić wprost, to położyć całą dyskusję.
          A wiesz, ze ja, czytając cytaty przytaczane przez Ciebie, często uśmiecham się i myślę sobie, że odbywam tu swoiste rekolekcje?:)))

          Usuń
        6. Wybacz, że bardzo wybiórczo zacytuję Ciebie:

          "Ja nie muszę tak daleko sięgać... powinien kochać bliźniego i kiedy tego nie robi ma zapewne lekkie poczucie winy... nikt mnie wtedy nie zmusi, żeby np. łotra szanować, bo tak każe nauka, lub, mam go kochać, bo tak mówił Jezus."

          O rany!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

          Czyżbyś Jaskółko myślała, że ktokolwiek zmusiłby mnie do czegokolwiek ????!!! Postawię się każdemu, kto by chciał wymusić na mnie coś, do czego wewnętrznie nie będę przekonana! Już w podstawówce miałam z tego powodu niezłe problemy, np. obniżone oceny z zachowania. Broniłam się w tedy uczciwym poszukiwaniem prawdy, aby mi nie zarzucono niczego, oprócz chęci bycia wolnym człowiekiem. Ta cecha się pogłębia wraz z wiekiem i doświadczeniem. Nie zatrzymuje się jej rozwój, przynajmniej u mnie :)))

          NIE!!! JA NIC NIE MUSZĘ, a to co robię - to robię dlatego, ŻE JA TAK CHCĘ!!!

          Ostatnio w pracy jest dużo sytuacji, które mnie męczą. Poprosiłam więc kolegów i koleżanki, że jeżeli ode mnie coś chcą - niech nie używają zwrotu - MUSISZ, POWINNAŚ, WYPADA ... bo są to słowa, które "otwierają" mi nóż w kieszeni i są a - motywacyjne,

          PISZESZ:

          Nauka Kościoła niejako przymusza do takiej sytuacji.
          Przecież, kiedy nie wybaczysz paskudzie, to naruszasz zasady nauki kościelnej/ wiary w słowa Jezusa.

          Nauka KK jedynie pokazuje mi, co mogę wybrać i skutki moich wyborów. Na tym jego rola nauczyciela się kończy. Wszystko inne zależy ode mnie i mojej woli.

          Usuń
      14. "Nawet jeśli ktoś ma wątpliwości co do istnienia Pana Boga i rzeczywistości nadprzyrodzonej, to dla mnie proces umierania – fakt, że ktoś jeszcze kilkanaście minut wcześniej był integralną osobą, która żałowała, kochała, modliła się, czyli ewidentnie była i żyła – nie kończy jego istnienia. Teraz, gdy przestało bić serce, miałoby go nie być? Tak po prostu w odstępie kilkunastu minut? Dla mnie fakt ustania pracy organizmu nie jest dowodem na to, że człowiek przestał istnieć. Zawsze powtarzam pacjentom, że trzeba przeżyć własną śmierć – to jest zwycięstwo duszy nad ciałem."
        Ks. dr Jan Kaczkowski

        Gdy dopadają mnie wątpliwości, że człowiek jest tylko szczeblem w drabinie ewolucji, z którego zostanie tylko garstka popiołu myślę o osobach, które są mi bliskie. Trudno mi uwierzyć, że już ich nigdy nie spotkam. Przestać istnieć, stać się niebytem albo "energią", która nie czuje, nie kocha, nie myśli...Jeśli faktycznie tak jest to ile jest warte życie? Dla mnie nic.
        Powiedz Jaskółko, czy osobie niewierzącej "łatwiej" jest żyć? Co taka osoba myśli, czuje wierząc, że życie jej dziecka, mamy, taty, męża jest tylko chwilowe, kończy się wraz ze śmiercią ciała?
        Wybacz, że pytam. Masz prawo nie odpowiadać.
        t.

        OdpowiedzUsuń
        Odpowiedzi
        1. Założenie, ze niewierzący uważa, iż wraz ze śmiercią człowiek przestaje zupełnie istnieć jest błędne. Otóż są niewierzący (?), którzy tak zakładają, ale są i tacy, którzy zakładają, iż człowiek po śmierci wchodzi w inny wymiar. Wierzący nazywają go np. Niebo. Ja zakładam, ze po śmierci gdzieś się spotkam z bliskimi. Po prostu nie przypisuję temu całej otoczki religijnej. No i na pewno nie mieszam do tego sprawy grzechu- jak będziesz się dobrze sprawowała w życiu, to pójdziesz do Nieba.
          A łatwiej nie jest mi wcale, bo ja za swoje "grzechy" odpowiadam swoim sumieniem i nie uzyskam od nikogo rozgrzeszenia. Nie mogę pójść do księdza , wyspowiadać się, dostać pokutę, rozgrzeszenie i poczuć jakąś ulgę- mam konto otwarte. Ja muszę sama w sobie dokonać rachunku sumienia. Sama przed sobą odpowiadam za swe złe postępowanie. Wierzący też to robi, ale ma właśnie to koło ratunkowe, że może dostać rozgrzeszenie. Może dostać ocenę swego postępowania podczas spowiedzi.

          Usuń
      15. "Założenie, ze niewierzący uważa, iż wraz ze śmiercią człowiek przestaje zupełnie istnieć jest błędne." Ale są i tacy dla których życie kończy się wraz ze śmiercią, tak przynajmniej twierdzą. "Ateizm" to jednak dla mnnie jedna wielka niewiadoma, zbiór pojęć, terminów, których nie potrafię zrozumieć.
        "...jak będziesz się dobrze sprawowała w życiu, to pójdziesz do Nieba..." Dobry Łotr wcale nie "sprawował się dobrze" w życiu. On zapragnął Boga i to wystarczyło.
        "...bo ja za swoje "grzechy" odpowiadam swoim sumieniem i nie uzyskam od nikogo rozgrzeszenia..." Jaskółko, rozgrzeszenie nie oznacza, że sumienie milknie. Ja jako wierząca wraz z rozgrzeszeniem zostaję zobowiązana do naprawienia krzywd, które wyrządziłam. Mam odpowiedzieć miłością za miłosierdzie, które otrzymałam.
        "Ja muszę sama w sobie dokonać rachunku sumienia" za mnie też nikt tego nie robi :)
        "Sama przed sobą odpowiadam za swe złe postępowanie" myślę, że niezależnie od tego czy grzeszy ateista czy wierzący za nasze czyny "odpowiada" drugi człowiek. Krzywdzimy siebie nawzajem.
        "Może dostać ocenę swego postępowania podczas spowiedzi" dziwnie to brzmi. Ja nie muszę chodzić do spowiedzi żeby wiedzieć "co jest dobre a co złe".Po to mamy sumienie. Rozgrzeszenie to nie ocena to przebaczenie, które chyba nikomu nie jest obce, kto chociaż raz powiedział "przepraszam" i usłyszał "nie gniewam się".
        t.

        OdpowiedzUsuń
        Odpowiedzi
        1. Z tym rozgrzeszeniem chodziło mi o to, że gro ludzi, kiedy dostanie rozgrzeszenie, wcale się nie pochyli nad własnym niedobrym postępowaniem, i dalej grzeszy- te same grzechy powtarza- bo znów pójdzie do spowiedzi i ksiądz rozgrzeszy.mało tego, ksiądz wyraźnie mówi- "źle uczyniłaś córko" i daje pokutę. Przecież macie gradację grzechów- lekkie, ciężkie itd.- to miałam na myśli mówiąc o ocenie.

          Usuń
        2. - bo znów pójdzie do spowiedzi i ksiądz rozgrzeszy.

          Taka postawa wiąże się z grzechem przeciwko Duchowi Świętemu, ta zuchwałość czyni Sakrament Pokuty nieważnym. Mówił już o tym Jezus swoim Apostołom.

          DOBRZE O TYM WIEDZIEĆ zanim się pójdzie do Spowiedzi, aby nie była ona świętokradzka.

          Usuń
      16. Przepraszam Jaskółko, że znowu pytam. Ale zaciekawiło mnie Twoje postrzeganie "życia po śmierci".
        "Ja zakładam, ze po śmierci gdzieś się spotkam z bliskimi. Po prostu nie przypisuję temu całej otoczki religijnej." Ta "otoczka" to konkretna "propozycja" od Boga - dusza i zmartwychwstanie ciała.A jak jest w Twoim "przypadku"? Piszesz "gdzieś się spotkam" ale Ty, Wy jako "kto" jako "co"? Zbiór atomów, cząstka energii? Atom nie myśli, nie czuje, nie kocha. Jak odnaleźć w nim swoich bliskich, siebie? Chyba łatwiej mi zrozumieć "totalny ateizm"- nie ma Boga, nie ma nas po śmierci, jest tylko świat materialny. Ale Ty jednak w coś wierzysz, nie negujesz istnienia życia po śmierci.
        t.

        OdpowiedzUsuń
        Odpowiedzi
        1. No i tu właśnie wierzący ma ułatwione- ma gotową wizję tego, co go spotka po śmierci.
          Ja nie wiem, w jakiej formie "tam" będziemy. Będę musiała dodawać zawsze "wierzący w Boga chrześcijańskiego". Gdzieś na początku naszej dyskusji, w poprzednich postach powiedziałam, że skłonna jestem wierzyć w ideę, myśl, siłę, która zawiaduje wszechświatem, ale nie wierzę w obraz Boga chrześcijańskiego z całą otoczką, którą wokół Niego zbudował kościół chrześcijański.
          Dla mnie Trójca jest nie do przyjęcia, niepokalane poczęcie, święci, komunia, chrzest itp.
          Dlaczego nie potrafią ludzie wierzyć tak po prostu, bez tego całego ceremoniału, blichtru?
          A wracając- nie macie dowodu, że po śmierci dusza i zmartwychwstanie ciała.
          Alicja mi zaraz powie, że znowu się szprajcuję:)))).

          Usuń
        2. Tak, jak nie ma dowodu na istnienie wiatru, a jednak jego skutki czasem są bardzo opłakane :)

          Dowodem są głębokie i szczere nawrócenia, których człowiek nie jest w żaden sposób przewidzieć

          Usuń
      17. „Dlaczego nie potrafią ludzie wierzyć tak po prostu, bez tego całego ceremoniału, blichtru?” Ale w co uwierzyć Jaskółko? W co mam wierzyć jeśli odrzucę mojego Boga? Masz coś „zastępczego?” Powinnam przejść na ateizm, buddyzm, judaizm itd….? Czy w tych religiach jest coś bardziej logicznego, przekonywującego, prawdziwego niż w mojej religii? Może powinnam wybrać z mojej religii tylko to co mi odpowiada? Nie widzę dobrego rozwiązania 
        Piszesz „bez tego całego ceremoniału” czym jest ten ceremoniał dla Ciebie? Czy chodzi Ci o sakramenty św. w, których ja osobiście spotykam mojego Pana Jezusa? Czy może o coś innego? Wiesz wstyd się przyznać ale ja czasami nudzę się podczas kazania, które mnie nie ciekawi, zmęczenie też nieraz daje o sobie znać i wtedy trudno długo klęczeć, stać podczas uroczystości. Ale czego nie robi się dla Osoby, którą się kocha. To tak jak na przedstawieniu szkolnym, imieninach babci-nudno ale jesteś bo kochasz.

        „Dlaczego nie potrafią ludzie wierzyć tak po prostu..” Gdybym się postarała mogłabym wyrzucić Boga z mojego serca, myśli, uczuć, obrazić się na Niego. Czy wtedy przestałabym wierzyć, czy Bóg przestałby istnieć? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Nie chcę wierzyć tak „po prostu”, bo co to oznacza?

        „No i tu właśnie wierzący ma ułatwione- ma gotową wizję tego, co go spotka po śmierci” Czy mi jest łatwiej? Nie wiem, nie wydaje mi się. Też boję się swojej śmierci, nie wiem co zrobię gdy umrą osoby, które kocham całym sercem. Ból będzie taki sam. Czy „wizja” sprawi, że mniej będzie bolało, nie będę tęsknić i z uśmiechem będę czekała na śmierć? Nic podobnego. Mój kochany św. Ojciec Pio płakał po śmierci swojej mamy mimo, że nosił w sobie rany Chrystusa, które były dla Niego niepodważalnym dowodem na istnienie życia po śmierci.

        „Gdzieś na początku naszej dyskusji, w poprzednich postach powiedziałam, że skłonna jestem wierzyć w ideę, myśl, siłę, która zawiaduje wszechświatem…” Wiesz ja chyba nie mogłabym uwierzyć w jakąś myśl, ideę, siłę. Ja potrzebuję konkretnej Osoby, która będzie mnie kochać, patrzeć na mnie, nawet upominać czy słusznie karcić , ale to jest Osoba, dla mnie Pan Jezus. Czy idea kocha? Czym ona jest?

        „Dla mnie Trójca jest nie do przyjęcia, niepokalane poczęcie, święci, komunia, chrzest itp.” A ja nie wyobrażam sobie bez tego życia  Nie jesteś w stanie tego przyjąć z czysto rozumowego powodu? Ale jak wierzysz w byt po śmierci to chyba nie jesteś taką 100 % realistką? To może nie rozum ale coś innego odpycha Ciebie od Boga chrześcijan?


        „dalej grzeszy- te same grzechy powtarza- bo znów pójdzie do spowiedzi i ksiądz rozgrzeszy”…. Nie ma chyba człowieka, który nie postępuje źle, nie rani innych. Choćby był chodzącą miłością i dobrocią słabość też go dotknie. Czy dlatego mam nie wierzyć w Boga, bo jestem słaba i upadam?

        „…gro ludzi, kiedy dostanie rozgrzeszenie, wcale się nie pochyli nad własnym niedobrym postępowaniem, i dalej grzeszy…” Część tych osób może nie ma w sobie prawdziwej Bożej miłości? Zbyt ogólnie napisałaś „niedobre postępowanie” tu już potrzeba konkretów. Bardzo ważna jest świadomość tego co się zrobiło, ale taka z „głębi duszy” .

        Przecież macie gradację grzechów- lekkie, ciężkie itd.- to miałam na myśli mówiąc o ocenie.
        Napisałaś kilka postów wcześniej …”ma właśnie to koło ratunkowe, że może dostać rozgrzeszenie. Może dostać ocenę swego postępowania podczas spowiedzi…” Wiesz ta ocena, „gradacja” nie sprawia, że łatwiej mi pokonywać moją słabość, mam mniejsze poczucie winy. Dla mnie istotą sakramentu pojednania jest nie „wyrok” czy „ocena” ale SPOTKANE z PRZEBACZAJĄCYM PANEM JEZUSEM, który mówi mi „kocham Cię mimo tego, że byłaś podła dla swojej siostry, obgadałaś swoją koleżankę z pracy, nienawidziłaś swojego taty, zazdrościłaś, krytykowałaś…. Postaraj się patrzeć na drugiego człowieka z miłością, mów o nim dobrze. Wiem, że będzie ci ciężko i może upadniesz ale spróbuj.”
        Trudno mi pisać o sakramencie pojednania z głębi serca. Nie potrafię się na razie dzielić cudem, którego doświadczyłam dzięki spotkaniu z PRZEBACZAJĄCYM JEZUSEM.
        t.

        OdpowiedzUsuń
        Odpowiedzi
        1. W jednym masz rację T. ja jestem jednym wielkim pytajnikiem, mam tyle wątpliwości, tyle niepewności. Moja umysłowość jest inna- bardziej matematyczna. Muszę mieć logiczne rozwiązania, dowody, pewniki. Nie wiem, jak potoczyłoby się moje rozumowanie, dotyczące wiary chrześcijańskiej w Boga, gdybym z tą umysłowością została wychowana w wierze? Jestem pełna sprzeczności, dlatego często nierozumiana przez otoczenie. Czasem się zastanawiam, ze dobrze byłoby "popłynąć z prądem wiary" i mieć ustabilizowany porządek świata. I zaraz łapię się na tym, że z moim poczuciem niezależności i wolności, szybko przestałabym "wierzyć". Dlaczego? Bo nie zniosłabym tych nielogicznych (w moim przekonaniu) prawideł, tych narzuconych zasad, tego braku szacunku do kobiety jako istoty, tej dwulicowości (ogromnej rzeszy) kapłanów, zakłamania (ogromnej liczby) wiernych.
          Chyba nigdy mnie nie zrozumiecie, bo macie ugruntowaną wiarę. Zastanawiam się tylko, bo miałyście w swoim życiu okres buntu i przeciwko wierze też, co sprawiło, że zostałyście tak bardzo wierzącymi (co bardzo podziwiam)- poddałyście swój bunt na zasadzie "bo i tak nie mam wyjścia"? Przeżyłyście coś bardzo osobistego- spotkanie z Jezusem? tak to nazywacie? Czy po prostu wychowałyście się w bardzo religijnych rodzinach i równo sobie w wierze trwacie?
          Czy naprawdę patrzycie na ludzi, którzy zrobili Wam krzywdę z miłością? A nie jest to z czasem wypracowany mechanizm,na zasadzie wmawiania sobie (inni tez Wam to mówią- rodzice, ksiądz, katecheci)muszę to zrobić, bo tak naucza Jezus i automatycznie sobie powtarzacie- Nie, nie mogę po prostu zerwać z tym człowiekiem, chociaż bardzo mnie skrzywdził, bo Jezus mówił, że należy ludzi miłować, nawet wtedy, kiedy zrobią mi krzywdę, więc muszę mu przebaczyć"? I czy zawsze w takich sytuacjach czujecie się dobrze, bo przebaczacie? Pokonywanie w takich momentach siebie, jest rujnujące, obojętnie, jaki będzie wynik końcowy. Ostatecznie przebaczycie i poczujecie ulgę, bo przełamałyście się i postępujecie zgodnie z nauką Jezusa. Jednak pokonanie własnej niechęci, nienawiści czasem, powoduje straty w psychice. To się dzieje, to zachodzi, to jest proces- nie od razu przebaczacie. Te ułamki czasu, kiedy się wahacie mają duże znaczenie.
          I tego nie rozumiem, dlaczego niejako na siłę, musicie "pokochać' wroga, żeby mieć czyste sumienie?
          Nie prościej byłoby dać spokój całej sprawie. Nie mścicie się, nie bierzecie odwetu, ale też nie musicie darzyć miłością złoczyńcy?
          I jeszcze następny moment- Wy jesteście silne w wierze i radzicie sobie w takich sytuacjach. A ilu wierzących na zewnątrz "jedna się" z wrogiem, zgodnie z oczekiwaniem nauki Jezusa (Kościoła, kapłanów, wspólnoty) a w duszy ma nadal nienawiść i kiedy przychodzi czas to mści się po cichu? A takich "słabych" jest więcej niż tych silnych w wierze. Po co zatem wymagać miłości, kiedy ludzie nie potrafią tego wymogu spełnić. czy to jest uczciwe wobec Boga i wobec wspólnoty i w końcu wobec siebie samego?

          Tak do końca nie jestem racjonalistką, nie ma "czystych" racjonalistów. Czy są "czyści" wierzący? Też należy się zastanowić.

          Usuń
        2. „..ja jestem jednym wielkim pytajnikiem, mam tyle wątpliwości, tyle niepewności…” Tu możemy podać sobie ręce :)
          „Moja umysłowość jest inna- bardziej matematyczna.” Moja jest biologiczna i też lubię „jasne”, rozumowe wytłumaczenia, co nie przeszkadza mi w wierze.

          „..jak potoczyłoby się moje rozumowanie, dotyczące wiary chrześcijańskiej w Boga, gdybym z tą umysłowością została wychowana w wierze?” To znaczy czy uwierzyłabyś gdyby Twoja rodzina była wierząca? Możliwe, że tak ale nigdy nie jest za późno. Myślę, że rodzice mogą przekazać pewne wartości, „dać przykład”, zaprowadzić do kościoła. Jednak to nie jest gwarancją głębokiej wiary na przyszłość. Znam osoby, które mimo „wychowania” w wierze odrzuciły ją. Znam człowieka, którego rodzice byli daleko od Boga a mimo to, on jako dorosły człowiek odnalazł Boga w swoim sercu. Nikt go nie „nawracał”, nie przekonywał. I to jest dla mnie niesamowite!

          „Czasem się zastanawiam, że dobrze byłoby "popłynąć z prądem wiary" i mieć ustabilizowany porządek świata.” Widzisz Jaskółko, ja w Bogu odnalazłam sens życia w dosłownym znaczeniu tego słowa. Zanim Go spotkałam, życie było dla mnie jednym wielkim bólem. Teraz też czasami boli ale inaczej. Ja „popłynęłam” :) ale stabilizacja to nie to samo co brak wątpliwości, „święty spokój”.

          Bo nie zniosłabym tych nielogicznych (w moim przekonaniu) prawideł, tych narzuconych zasad, tego braku szacunku do kobiety jako istoty, tej dwulicowości (ogromnej rzeszy) kapłanów, zakłamania (ogromnej liczby) wiernych.
          Może to co napiszę jest „dziwaczne” ale Pan Jezus jest dla mnie jedynym człowiekiem-mężczyzną , który obdarzył kobietę szacunkiem, przenikającym do „szpiku kości”. Wybacz ale nie dam rady poprzeć tego konkretami z życia (nie wszystkim można się dzielić).
          „Idź i nie grzesz więcej…” Tak powiedział do kobiety, której nikt nie szanował, którą chciano zabić za cudzołóstwo. Po swoim zmartwychwstaniu ukazał się najpierw kobietom. Jeśli ktoś nie szanuje kobiet to na pewno nie Jezus.

          Dwulicowość, zakłamanie wiernych i księży…… Temat rzeka. Czy dlatego mam odwrócić się od Boga? Bo Jego dzieci błądzą? Bo mój brat wypiął się na swoje kapłaństwo i odszedł od Boga?


          „…co sprawiło, że zostałyście tak bardzo wierzącymi (co bardzo podziwiam)- poddałyście swój bunt na zasadzie "bo i tak nie mam wyjścia"? Przeżyłyście coś bardzo osobistego- spotkanie z Jezusem? tak to nazywacie? Czy po prostu wychowałyście się w bardzo religijnych rodzinach i równo sobie w wierze trwacie?...”

          Czy brak, utratę wiary można nazwać buntem? Może niektórzy świadomie, z premedytacją odrzucają Boga. Mnie sam Bóg odnalazł a ja odpowiedziałam na Jego wołanie będąc już na samym dnie. Wiara jest dla mnie jak tlen. Gdy przychodzi zwątpienie zaczynam się dusić.
          „…równo sobie w wierze trwacie?...” Nie ma czegoś takiego.


          Czy naprawdę patrzycie na ludzi, którzy zrobili Wam krzywdę z miłością?
          „Dialog żywych pyt. 1” tam znajdziesz moją odpowiedź w jednym z moich komentarzy.

          „Jednak pokonanie własnej niechęci, nienawiści czasem, powoduje straty w psychice.” Jestem w stanie kochać wiele osób, „objętość mojego serca” rośnie wraz z ich liczbą. Nienawiść do jednego człowieka odbierała mi chęć do życia, zatruwała od środka. To ona niszczyła moją psychikę.

          „Nie, nie mogę po prostu zerwać z tym człowiekiem, chociaż bardzo mnie skrzywdził…” To błędne myślenie. Nikt nie powinien być masochistą i utrzymywać kontaktów z osobą, która nas niszczy, rani. Pan Jezus odchodził z miejsc w których Go nie chciano.

          „Nie prościej byłoby dać spokój całej sprawie. Nie mścicie się, nie bierzecie odwetu…” Gdyby każdy tak myślał i postępował....

          „Po co zatem wymagać miłości, kiedy ludzie nie potrafią tego wymogu spełnić. czy to jest uczciwe wobec Boga i wobec wspólnoty i w końcu wobec siebie samego?”
          Po co wymagać czegokolwiek w takim razie bo” ludzie nie potrafią tego wymogu spełnić.” Takim myśleniem można wytłumaczyć każde zło, każdą dewiację, patologię.
          t.

          Usuń
      18. "Dotyk Boga w Sakramencie Pojednania" Jaskółko, "piszesz" się na to? Jeśli tak to musimy uśmiechnąć się do naszej kochanej Alicji :)
        t.

        OdpowiedzUsuń
      19. Dobry temat do następnego postu :) Dzięki za pomysł.

        Dzisiaj jednak mam do pogadania z Panem Bogiem na nieco inny temat. Mija Rok OD ŚMIERCI KAMILKA,BARTUSIA i trzeciego ANIOŁKA. Jutro o godzinie 9.00 będzie odprawiona Msza dziękczynna za rok wielkiej łaski Boga, który oświetlał ciemności związane z ich śmiercią. Pragnę Bogu podziękować za Jego Obecność w chwilach, gdy:

        - paraliżował mnie strach i poczucie bezsensu
        - pamięć o bolesnych wydarzeniach była większa od nadziei
        - gdy przychodziły słowa skargi i żalu do ludzi
        - gdy trudno było uwierzyć w Miłość Boga
        - gdy musiałam słuchać, że to tylko poronione płody
        - gdy ...

        Wiele tu mogę wymienić dobra, które zrodziło się nad grobem tych malutkich dzieci. Jest ono dla mnie ZNAKIEM ZMARTWYCHWSTANIA JEZUSA, o którym dzisiaj pisałam do Jaskółki.

        Wieczorem zapalimy świeczkę na urodzinowym torcie, którą zdmuchniemy wszyscy razem na znak, że obchodzimy uroczyście NASZE PONOWNE NARODZINY W WIERZE, które zawdzięczamy naszym kochanym dzieciom: Kamilkowi, Bartusiowi i trzeciemu Aniołkowi.

        OdpowiedzUsuń
      20. Może się ktoś do nas dołączy i zdmuchnie świeczkę także w swoim imieniu?

        OdpowiedzUsuń
      21. Przytulam WAS bardzo mocno!
        Nasze Aniołki są razem :)

        t.

        OdpowiedzUsuń
        Odpowiedzi
        1. tak, tak ... nasze Aniołki są razem ... myślę, że zaproszę i te, dla których jeszcze nie upieczono ani razu "tortu" ... myślę, że się ucieszą, że są kochane. NA MIŁOŚĆ NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO.

          Usuń
      22. Na miłość nigdy nie jest za późno!!! Ano nie jest. Ona trwa nawet w niewierzących. Czy można powiedzieć, że trwa inaczej?NIE- po prostu mamy inne priorytety, inne spojrzenie na miłość, ale ona jest i rozwija się. W Was promienieje, wsparta wiarą w Boga i Jego miłością do Was, we mnie wiarą w człowieka i tyle mi na razie wystarcza.
        Mam teraz mało czasu, a Wasze odpowiedzi- pytania są takie obszerne. Może jutro coś dopiszę. Spokojnej nocy :)

        OdpowiedzUsuń
      23. witam serdecznie mam na imie Małgorzata-dotyk boga sledze uwaznie,z utesknieniem czekam na nowe,,,pracuje w Niemczech co 3 miesiace zjezdzam do polski,,,,Mialam zylaki nA LEWEJ NODZE POD KOLANEM CZZAWSZE CZUŁAM LEKKIE SCISKANIE-PO OBEJZENIU ODCINKA JUZ NIE WIEM KTÓREGO BO WSZYSTKIE OGLADAM KTÓRE CHCA SIE U MNIE WYSWIETLIC TEM SCISK ,BÓL ODSZEDŁ ALE CAŁY CZAS CZUJE CIEPŁO W TEJ NODZE I MROWIENIE NAWET WIDOCZNIE SIE ZMNIEJSZYŁ ZYLAKI I WIEM ZE ZUPEŁNIE ODEJDA ODE MNIE ,,,,CHWAŁA PANU,,,ZACZEŁAM CZYTAC PISMO SWIETE ,ALE MÓJ SYN NIE CHODZI DO KOSCIOŁA ,NIE MODLI SIE WIEM ZE WALKA Z NIM TEGO NIE WGRAM ,,,,POWIEDZCIE MI JAK MAM SIE ZA NIEGO MODLIC B SIE NAWRÓCIŁ ,,,DODAM JESZCZE ZE NIE MA BIERZMOWANIA ,,WSZYSTKIE PODPISY MIAŁ ,LATAŁ DO KOSCIOŁA A POTEM OKAZAŁO SIE ZE NIE ZŁOZŁ NA CZAS KARTKI Z IMIENIEM,,,,I SIE ZABLOKOWAŁ,,,CO MAM ROBIC,,,,ALE ON JEST DOBRYM CZŁOWIEKIEM

        OdpowiedzUsuń
        Odpowiedzi
        1. Witaj Małgorzato :)

          Ty się módl szczerze i czekaj na natchnienie Boże. Ono przyjdzie do Ciebie jak przychodziło np. do Matki św. Augustyna. Wymodliła jego świętość, ale uzbrój się w cierpliwość ...

          Nawraca Bóg, my zaś możemy się o tę łaskę modlić formą najbardziej Tobie odpowiadającą. Może w roku Miłosierdzia warto by sięgnąć po Koronkę do Miłosierdzia, albo różaniec. To sprawdzone modlitwy.

          Polecam Ciebie i Twoje sprawy Panu Bogu.

          Usuń