środa, 28 sierpnia 2013

POZORY

Z reguły nie cytuję wypowiedzi innych. Dzisiaj jednak posłużę się słowami Ojca Leona, który w dzisiejszych rozważaniach na temat Słowa Bożego napisał:

  • "Pan Jezus wyraźnie wskazuje (...) na duchowość serca. W nim rozstrzyga się to, co w naszym życiu najważniejsze, z niego wypływa wszystko, co człowiek czyni. Jeżeli nawet stara się być bardzo poprawny w zachowywaniu zasad życia religijnego, a nie ma w sercu sprawiedliwości, miłosierdzia i wiary, czyli zawierzenia Bogu, jego cały wysiłek w istocie jest dbałością o zewnętrzne pozory."



No właśnie ... te pozory ... za które częściej oddajemy swoje życie, niż za MIŁOŚĆ.

Temat warty do przemyślenia. Szczególnie w kontekście złośliwych komentarzy, złego słowa od pseudo przyjaciół, uwag złośliwej żony, wykrętów leniwego męża, pyskówek niegrzecznych dzieci, mobbingu i wyzyskiwania ciebie przez kolegów w pracy. Lista tych, z którymi się wciąż porównujemy i stwarzamy pozory dobrych relacji jest bardzo długa. Przyszedł chyba czas, by ją nieco zweryfikować.

*** 

Czy nasz gniew wypływa ze zranionego serca,
czy z naszej dbałości o pozory?

*** 
                                        
Nawrócone serce choć będzie krwawiło
to i tak nie będzie szukać odwetu
nawet wtedy,  gdy z pozoru 
wszystko będzie wołało
o sprawiedliwość
 ludzkim okiem
widzianą
gdzieś
gdzie jej nie ma
chyba, że się mylę
a prawda gdzieś indziej 
ukrywa się przed ludzkim okiem
w świecie pozorów i pragnień nijakich
gdzie świat wartości pomieszał się z iluzją


(alicja)

2 komentarze:

  1. Tak się zastanawiam jak można za pozory oddać swoje życie. Ale w gruncie rzeczy to chyba jest to możliwe. Tylko jednak wtedy - wydaje mi się - kiedy dana osoba jest tak zastraszona że musi wszystko udawać. Udawać przed innymi a także przed sobą, bo łatwo jest się w tym w końcu pogubić. Rozumiem że 30 lat i więcej temu, za głębokiego komunizmu, trzeba było wszędzie udawać, żeby tylko nie narazić się na przykre konsekwencje, może nawet i śmierć, ale teraz kiedy już 'jesteśmy wolni' czy wypada dalej udawać? A może tylko udajemy tę wolność i niezależność, a wszystko dalej jest po staremu?

    Nie wiem czy złość wynika ze zranionego serca, to brzmi dla mnie bardzo melodramatycznie. Na pewno złość wynika z jakiegoś bólu, ale kto nam go zadaje? Jeżeli złość wynika z naszego udawania, to może my sami jesteśmy przyczyną tej złości? A może ta nasza złość jest wymierzona tak naprawdę w tych którzy nas do tego zmuszają, obierając tyko w zastępstwie obiekty znajdujące się w pobliżu. Ja sam miewam wybuchy złości i wtedy wyżywam się na tym co bywa często tylko ostatnią kroplą. Tak, to bez sensu - a może pozornie bez sensu - ja wiem o tym, ale mój organizm tego nie rozumie. On chce się szybko pozbyć przyczyny bólu. To tak jak z bolącym zębem. Zdarzyło mi się raz wyrwać zęba nożem bo już nie mogłem wytrzymać. Byłem wtedy w lesie w obcym kraju gdzie teoretycznie nie miałem praw do żadnej medycznej pomocy, więc w sumie ten mój organizm nie był aż wcale taki głupi. Zrobił to co konieczne. Gdyby nie ten ból to może mógłbym rozmyślać nad tym co i jak robić i pewnie dużo by mi to nie pomogło, ból obudził we mnie prymitywne reakcje które zadziałały i tym się różniły od pustego rozmyślania. Ale nie zawsze jestem zadowolony ze swojego działania.

    Jeśli jednak chodzi o udawanie, a zwłaszcza o udawanie ze strachu, to nic mnie tak bardzo nie wkurza jak właśnie to. Do tego stopnia nawet że popadam w drugą skrajność, robiąc z siebie błazna. Nie jest dla mnie problemem bycie błaznem tak bardzo jak to że tak naprawdę to daje się złapać w inną niewolę. Gdybym był człowiekiem wolnym, to by mnie to po prostu nie zajmowało, a tak daję się skanalizować w drugą skrajność. Buntowanie się przeciwko wszystkiemu to nie jest wolność. Wolność to podążanie swoją drogą, a nie bycie niewolnikiem czyichś reguł, nawet jako buntownik. Tak myślę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj Krzysztofie

    ODDAĆ SWOJE ŻYCIE …

    Kiedyś myślałam, że zwrot ten dotyczy jedynie jednorazowego aktu. Nijak go nie mogłam przełożyć na codzienność. Dzisiaj pojmowanie słów Jezusa o "oddaniu swego życia za kogoś drugiego" pojmuję nieco szerzej.

    ODDAĆ SWOJE ŻYCIE …
    (to moje przemyślenia, z którymi można się spierać)

    To jest również:

    •zaproszenie drugiego człowieka we własną przestrzeń wolności, która jest otwarta na jego niedoskonałość. To przyjęcie róży z wieloma cierniami i nie wyrzucenie jej nawet wtedy, gdy rani

    •przyzwolenie na to, że mogę być zraniona przez drugiego człowieka. Bez miłości nie da się tego znieść, gdyż włącza się odruch samoobrony przed cierpieniem. Gdyby nie ofiara Jezusa uznałabym, że takie podejście do drugiego człowieka jest jedynie masochizmem. Z resztą … właśnie tak patrzą na ten gest ateiści, którzy nie przyjmują doświadczeń serca za argumenty. Nie dziwię się im, gdyż ja także z takim pojmowaniem Miłości mam wielkie problemy. Czasami nawet nie pomagają pamiątki łaski wspierającej, którą Bóg obiecuje tym, którzy o nią tylko poproszą.

    •zgoda na prawdę o własnej niedoskonałości. Ona najbardziej boli i zadaje najwięcej bólu.

    Moim zdaniem prawda o nas samych jest źródłem POZORÓW, w które wpadamy jak zające w sidła. Chcąc się z niej uwolnić jesteśmy gotowi nawet na śmierć, byleby tylko nie dać się złapać.

    To o takim umieraniu własnego „JA” myślałam pisząc ten post.

    Takie umieranie jest procesem, a nie jednorazowym aktem. Mam tego świadomość, a i tak nie jestem wolna od pozorów. Ten proces pozbywania się niewłaściwych relacji z ludźmi będzie trwał aż do mojej śmierci. Za dużo „chwastów do wyplewienia w mojej duszy”. Staram się jednak każdego dnia pielęgnować swój „ogródek”, wyrywam chwasty i staram się ich nie wrzucać do „cudzego ogródka”.

    ZA GŁĘBOKIEGO KOMUNIZMU ŁATWIEJ MOŻNA BYŁO ŻYĆ W PRAWDZIE NIŻ DZISIAJ …

    Miałam to szczęście w nieszczęściu żyć w tych czasach. I znam ludzi, którzy oparli się wtedy pozorom. Świat wartości nie był tak rozmydlony jak dzisiaj. Częściej, niż dzisiaj, zło było nazywane złem, a dobro – dobrem.

    Gdy obserwuję teraz to, co się dzieje wokół mnie, przeraża mnie fakt, że zło jawi się jako dobro w umysłach wielu ludzi. A najgorsze jest to, że coraz młodsze dzieci idą tym tropem myślenia.

    ZRANIONE SERCE … ZŁOŚĆ …

    Melodramat? – może i tak. Mam wilczura, który jest kochanym pieskiem, ale gdy jest chory zakładałam mu kaganiec, by mnie nie ugryzł podczas opatrywania mu ran. Dlaczego o tym piszę. Może dlatego, że cierpienie wyzwala w nas emocje, których nigdy byśmy nie poznali w innych okolicznościach. Ich źródłem jednak nie jest gniew, lecz ból, z którym nie potrafimy sobie poradzić. I tę bezradność wobec cierpienia trzeba zauważyć w drugim człowieku i w sobie, BY UWOLNIĆ SIĘ OD ŻYCIA POZORAMI.

    Dziękuję za Twoje przemyślenia, dzięki nim i ja mogłam swoje puzzle lepiej poukładać 

    OdpowiedzUsuń