piątek, 6 września 2013

BEZRADNOŚĆ SAMOTNOŚCI

Ania zacytowała wspaniałą sentencję:

  • "jest taka granica cierpienia, za którą się uśmiech zaczyna"



Róża napisała:
  • ... trudno mi teraz zaufać... zostaje więc bolesna samotność i ciemność ... bo potrzebuję pomocy ... lecz boję się zaryzykować kolejną ranę...

Małgosia, moja przyjaciółka, nic już nie napisze... 

Pomimo moich starań odebrała sobie życie. Pozostały mi jedynie listy, w których zmagałyśmy się z jej samotnością. Przypominają one zawody w przeciąganie liny między życiem, a śmiercią. Długo nie potrafiłam wybaczyć sobie mojej bezradności wobec jej wyboru. Wciąż dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że mogłam lepiej i więcej. Aż kiedyś przeczytałam świadectwo osoby, która podobnie jak ja, walczyła o pokój w sercu, który został mi odebrany w momencie bezsensownej śmierci przyjaciółki. 

Zrozumiałam wówczas, że:

  • HEROIZMEM MIŁOŚCI BOGA DO CZŁOWIEKA JEST DANIE MU WOLNEGO WYBORU
***

A ja ... 

Robiłam wszystko, by Małgosia z tego przywileju wtedy nie skorzystała. I do tej pory jestem bezradna i zadaję sobie wciąż pytania:

  • Na ile mi można ingerować w czyjeś życie?
  • Gdzie jest granica cierpienia, o której pisała Ania?
  • Jak dalece można zaryzykować, by przekroczyć granicę lęku przed kolejnym zranieniem?




14 komentarzy:

  1. ...sa to pytania bez odpowiedzi.
    Pozdrawiam
    Judyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Judytko

      Te pytania brzmią w moim secu od 20 lat i nie chcą się wyciszyć. Na nowo zabrzmiały, gdy kolejna osoba stoi przed podobnym wyborem.

      Prośba o modlitwę za nią wydaje mi się zbyt mała; bezradność zaś zatacza coraz większe kręgi ...

      Co w takiej sytuacji należałoby robić?
      Co w takiej sytuacji zrobiłby Jezus?
      Czy istnieje jakaś granica PRAWDY o wolności człowieka?

      Usuń
  2. Dla niektórych ta granica jest nie do przekroczenia.

    Ingerencja w życie drugiego człowieka……Zatracasz się totalnie dla drugiej osoby, angażujesz swój czas, resztki sił a to nie pomaga bo to ona wybiera. Pojawia się przewlekły ból, lęk, złość, bezradność, wyrzuty sumienia. To chyba jest ta granica, której przekroczenie odbiera wolność, także naszą.

    Myślę, że to nadzieja pozwala nam pokonać strach i zaryzykować kolejne zranienie. Ile mamy w sobie nadziei? Skąd bierze się ona w nas?

    Bezradność.....Są chwile gdy naprawdę już nic nie zależy od nas. Tak trudno to przyjąć i pogodzić się ze swoją niemocą.

    "Miej czas na modlitwę, to największa siła na ziemi"

    Co zrobiłby Pan Jezus...
    Zawierzył Bogu Ojcu.

    t.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację Teresko, gdy pomaganie innym odbiera nam wewnętrzną wolność - to chyba z tym pomaganiem jest "coś nie tak".

      Myślę, że jest to temat na kolejny post, gdyż warto się temu zjawisku bliżej przyjrzeć. Co Ty na to?

      Usuń
  3. Może Twoje spojrzenie Ala na ten problem pomoże mi przełamać strach i nie zwiać przed samym startem. Pamięć o mojej "niewoli" sprawiła, że pojawił się strach przed czymś co wcale nie musi zaistnieć i jak zwykle projektuję przyszłość. Czuję jednak, że moje obawy nie są bezpodstawne, pytanie tylko czy warto zaryzykować.
    t.

    OdpowiedzUsuń
  4. Z tym ryzykiem to jest tak, że cokolwiek zrobisz jego prawdziwą ocenę otrzymasz dopiero po dokonanym wyborze, nigdy wcześniej.

    Myślę, że chodzenie Piotra po wodzie jest nauką przełamywania własnych lęków i projekcji na przyszłość. Samemu lepiej się nie wypuszczać na jezioro, ale z Jezusem ... ryzyko znacznie mniejsze.

    Odwagi Teresko, wychodź z łodzi własnych zabezpieczeń :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Alicjo pisałaś kiedyś tu na blogu na temat pychy, że jest sprytna i pojawia się tam, gdzie się jej nie spodziewamy.
    Może właśnie, to pycha sprawia, że wierzymy, że mamy moc wpływania na to, czy ktoś wybierze życie, czy śmierć ???
    Takie doświadczenie może być źródłem nieustannego poczucia winy, ale może być lekcją pokory...

    OdpowiedzUsuń
  6. Masz rację Kaju

    To dążenie bycia panami wszystkiego, a szczególnie ... ŻYCIA i ŚMIERCI ... stale w nas siedzi. Dobrze, że o tym przypomniałaś.

    OdpowiedzUsuń
  7. Kiedy byłem mały bardzo lubiałem samotność. I wciąż mam związane z tym pewne nawyki. Nie lubię np. mieć otwartych drzwi od pokoju. Nie żebym się czuł jakoś niebezpiecznie, ale coś jest nie tak. To jak jakiś brak prywatności. Ktoś może cię obserwować i oceniać, a ty nie chcesz być obserwowany i oceniany. Już przyzwyczaiłem się do tego żeby nie posiadać zasłon na oknie, ale to że są przed nim drzewa i kiedy są pełne liśći całkowicie zasłaniają sąsiednie okna, trochę mi w tym pomogło, jak również moja przyjaciółka, dla której brak zasłon jest pewnie bardziej naturalny niż dla mnie. Ja nauczyny zostałem bać się ludzi, odgradzać od nich, grać swoją rolę takiego prawidłowego jakim powinienem być. Każde odstępstwo od tego odczuwałem jako zagrożenie i w pewnym stopniu nadal coś z tego we mnie jest. Jeżeli ocena innych jest dla mnie zagrożeniem, to nie chce być obserwowany i oceniany, a najlepiej jest samtnym, mieszkać na bezludnej wyspie, czyli tam gdzie nie ma żadnego zagrożenia od innych ludzi i gdzie można być nareszcie takim jakim się jest, wolnym, bez względy na czyjąś opinie.

    Nie mieszkam na bezludnej wyspie, ale w wielkim mieście z którego nie można wyjść. Być może mam dalej pewne nawyki jak z tymi drzwiami, ale moje poczucie bezpieczeństwa nie wiąże się dzisiaj z samotnością. W pewnym momencie samotność stała się dla mnie cierpieniem, bo nauczyłem się jak to jest być związany z ludźmi. Naprawdę nigdy nie byłem tak samotny w życiu jak właśnie w tym wielkim mieście, jednak musiałem to przejść i to przeszedłem, a w każdym razie dałem sobie z tym jakoś radę, z resztą nie wiem nawet czy miałem dużo do wyboru. Nawet ci ludzie których kochałem pozostali w tyle, bo trzeba było wybrać jakąś drogę, drogę żeby iść gdzieś do przodu i nie być obciążeniem dla innych. Drogę której do końca sam nie wybrałem ale którą musiałem przejść. Samotność była cierpieniem, ale gdybym pozostał w terytorium zwanym Polską, też nie było by lekko, a nawet nie wyobrażam sobie czy by wogóle jakoś było.

    Wewnętrznie cały czas wierzę że jestem w jakimś kontakcie z tymi wszystkimi ludźmi których za sobą zostawiłem. Przecież zawsze jest dokąd przyjechać? Ale jestem już tego coraz mniej pewien. Skonćze już bo wyganiają mnie z biblioteki...

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam :)

    Czyżbyś był tym Szuwarkiem, z którym rozmawiałam na stronie Cygana dawno temu?

    Nasunęła mi się pewna refleksja po przeczytaniu twojej;że człowiek ma do wyboru:

    - "zamknąć drzwi" przed zranieniem i skazać się tym samym na metafizyczną samotność lub je otworzyć, by wspólnie z innymi jakoś się opatrywać z ran wzajemnie zadanych.

    Znam oba te stany. Raz się chowam głęboko w sobie,drugim razem wychodzę ze skorupy zabezpieczeń i dostaje się mojej wrażliwości. Wydawać by się mogło, że jest to sytuacja patowa.

    Na moje szczęście spotkałam Tego, który mi nie oddał ... ba ... nawet wziął moje razy na swoje plecy. Niesamowite to doświadczenie, które pozwala uwierzyć, że SAMOTNOŚĆ nie jest wieczna

    OdpowiedzUsuń
  9. Cały ten przydługi wstęp byl tylko po to by wyjasnic dlaczego mam taki problem ze zrozumieniem jak to jest ze ktos popelnia samobojstwo z powodu samotnosci. Rzeczywiscie trudno jest mi to zrozumiec. Juz raczej z powodu alienacji czy ogolnie depresjii spowdowanej ze w zyciu nie uklade mu sie tak jakby chcial. Z powodu wrogosci otoczenia, czy z braku zrozumienia. Jest wiele rzeczy ktore w polaczeniu z samotnoscia albo ktore nawet sa przyczyna do bycia samotnym, moga by byc tym bodzcem i to raczej te rzeczy bylbym w stanie winic. Ja przede wszystkim upatruje zagrozenie we wrogosci otoczenie do wszystkiego co jest inne, do dzielenia ludzi na ‘swoich’ i obcych kiedy wszyscy sa naprawde takimi samymi ludzmi z bardzo podobnymi potrzebami, niezaleznymi od kultury w ktorej sie wychowali czy stopnia wiedzy / ignorancji.

    Przepraszam ze nie ma polskich liter (chcialem uzywac gogle drive do poprawienia tego, ale niezbyt dziala), ale nie mogleu uzyc swojego laptopa, no i oczywiscie znow musze konczyc przed czasem, ale mam nadzieje ze dokoncze tu swoja wypowiedz, jak bede mial troche wiecej czasu na to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wykorzystałam Twoją myśl w nowym poście. Mam nadzieję, że nie zrobiłam tego wbrew Tobie, pomimo tego, że nie zapytałam o pozwolenie

      heYka :)

      Usuń
  10. Alicjo mam nadzieję że Cie nie uraziłam oschłym postem ale ja ten problem przerabiam od dziecka. Mam w najbliższej rodzinie samobójców i osoby z takimi skłonnościami i tak jakoś bez emocji już podchodzę.Mam wybór pisac szybkie i nie do końca dorobione posty lub wcale. Więc zwykle wybieram lub wcale choć Cię czytam wszystko co piszesz i pamietam o Was w modlitwie a szczególnie o mojej imienniczce i Szuwarka też czytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaju :)

      Oschły post ... urazy ... skąd ci to przyszło do głowy?!

      I ja mam w rodzinie i wśród przyjaciół samobójców. Ostatnio uczennica z klasy szóstej zapytała mnie, co ja na ten temat myślę. Trudno mi było im wyklarować to, co dla mnie samej pozostaje w sferze tajemnicy, do której jedynie możemy się nieco zbliżyć.

      Przeraziła mnie ignorancja śmierci u młodego pokolenia, jakby była jedynie wirtualną grą z mnóstwem nowych żyć. Może dlatego zacz ełam na nowo ten temat drążyć. Bo to już nie tyle o mnie chodzi, co o te dzieci, które nie mogą być pozostawione same z tym problemem.

      Usuń