Światełko pamięci ...
Okazuje się, że ludzie po wielu latach uświadamiają sobie istnienie brata, siostry, córki, syna, wnuka, wnuczki … Opowiada mi przyjaciółka, iż po raz pierwszy zapaliła znicz za swoją siostrę, o której raz, czy dwa słyszała kiedyś od swojej mamy. Dopiero w przeddzień DNIA usłyszała pełną tajemnic opowieść, która stała się początkiem budzenia jej świadomości istnienia kogoś bardzo bliskiego.
Co usłyszała Małgosia od swojej mamy?
Otóż – 45 lat temu odeszło do nieba, w pierwszych miesiącach ciąży, maleńkie dzieciątko. Trudno było określić w tedy jego płeć, nikt też w szpitalu nie przejmował się kobietą po stracie dziecka. Musiała sobie radzić sama z żałobą, z bólem i z niezrozumieniem społecznym. Jedynie mogła liczyć na wsparcie bliskiej rodziny, szczególnie ojca. Dwa lata temu mama mojej przyjaciółki miała dziwny sen, o którym nikomu nie mówiła, gdyż obawiała się niezrozumienia. Opowiedziała go po raz pierwszy w niedzielę, gdy się dowiedziała o organizowanym DNIU UTRACONEGO DZIECKA dzień później, w poniedziałek.
Otóż we śnie przyszedł do niej zmarły Tato z małą, jasnowłosą dziewczynką i przedstawił ją, że jest ona jej córeczką, którą się on teraz, tam w niebie, opiekuje. Więc niech się już nie martwi. I w tym momencie poczuła w sercu pokój, którego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Nie muszę chyba pisać o emocjach mojej przyjaciółki, która tę historię usłyszała po raz pierwszy. Wyglądała tak, jakby dotknęła na żywca rzeczywistości sacrum, o którą się wciąż spierają wierzący z niewierzącymi.
Do mnie jedynie powiedziała ze łzami w oczach:
- wiesz, ja mam siostrę, o której wprawdzie wiedziałam, ale nie było jej w mojej świadomości tyle lat. Po raz pierwszy zapalam dla niej światełko pamięci … nadałam jej też imię - Ania - po mojej mamie; tak jak radził na kazaniu Ojciec Faustyn …
***
To jest jedna z wielu historii, które usłyszałam podczas DNIA DZIECKA UTRACONEGO ... Zaczyna do mnie dochodzić, że to dopiero początek czegoś wyjątkowego, tajemniczego, niewyobrażalnego. Mam przeczucie, że wiele podobnych historii w naszym życiu się wydarzyło, o których boimy się mówić, aby nas nie wyśmiano. Chyba nadszedł czas, aby "wyszły one na światło dzienne", bo tak naprawdę ...
- to po czym ludzie niewierzący mają rozpoznać działanie żywego Boga?
- jak mają znaleźć różnicę w przeżywaniu wielu wartości, m.in. życia i śmierci?
To dopiero początek lawiny pytań, które zrodziły się w moim umyśle po przeżyciu DNIA DZIECKA UTRACONEGO. Zaczął się ROK WIARY, a więc rok łaski, dawania świadectw, przeżywania i doświadczania żywej obecności Boga w życiu.
Mam nadzieję, że nie będziemy tak długo czekać na swoją opowieść. Dużo zależy od nas samych, czy będziemy się dzielić swoją wiarą i czy będziemy chować znaki Bożej Opatrzności "pod poduchę strachu o własne Imię". Znam ten strach, który również i mnie ogarnia, gdy chcę pisać o historiach z pogranicza fantazji. Za każdym razem przychodzą mi myśli typu:
- co inni na mój temat pomyślą?
- czy uznają mnie za szaloną i nieprzyzwoicie nawiedzoną?
Wiele razy mnie on paraliżuje, choć muszę szczerze przyznać, że po śmierci Kamilka, Bartusia i jeszcze jednego Aniołka ta odwaga przychodzi coraz częściej, ale o tym napiszę w kolejnych odsłonach mojej przygody z wiarą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz