Od dawna wiem, że pewna osoba mnie oszukała. Udawała, że prawda jest dla niej wartością, a kłamstwem się brzydzi. Tymczasem podszywała się pod drugą osobę by szydzić z wartości, które obrałam za swoje. Jakby czuła się osaczona moim wyborem wiary, do której przecież nigdy jej nie zmuszałam. Mogłabym się na nią gniewać ... wszak postąpiła podle. Nie mam jednak w sobie tego uczucia. Jest mi jedynie niezmiernie przykro, że zadrwiła sobie z przyjaźni jaką pragnęłam jej zaoferować.
Ktoś powie ... do miłości nikogo się nie zmusi ... i będzie miał rację. I wszystko by było ok, gdyby nie fakt, że od czasu do czasu czuję jej smutek i totalną negację życia. Chciałabym ją wówczas przytulić i powiedzieć ... PRAWDA CIĘ WYZWOLI ... jednakże pod warunkiem, że przyjmie się ją za prawdę i nie będzie się wciąż szukać argumentów przeciwko niej.
***
Czy to w tym konkretnym wypadku jest możliwe? Naprawdę ... nie wiem. Pozostawiam Bogu rozwiązanie tej patowej sytuacji.
