O zburzonym porcie
Dawno to już było. Żeglarze, przebywający długie miesiące na morzu, raz na rok mieli możliwość spotkania się o określonej porze w pewnym porcie, gdzie czekano na nich z utęsknieniem. Pamięć o nim dodawała im otuchy w chwilach sztormu, gdy fale zalewały pokład, a z serca uciekała nadzieja na przetrwanie. Byli tak do niego przyzwyczajeni, że nawet nie pomyśleli o tym, że pewnego lipcowego ranka go nie zobaczą. Wybuch wulkanu zrobił swoje. Lawa wypłynęła, kamienie wyrzucane wysoko w górę przez wzburzoną ziemię dotknęły nawet najwyższą wieżę w miasteczku, która za latarnię służyła dla żeglarzy: ze wschodu i z zachodu, z północy i z południa i ze wszystkich krańców ziemi. Patrząc na ogrom zniszczeń smutni zasiedli przy jednym ognisku, by zastanowić się nad tym, czy - warto odbudowywać jeszcze stary port? Dziwna to była rozmowa. Co żeglarz, to inny plan działania. I tak rozmawialiby bez końca, gdyby jeden z nich nie wstał i rzekł:
- dość już gadania - zacznijmy wreszcie budować, byśmy mieli do czego wracać.
***
I bajka się toczy
a plany się kruszą
bo starzy żeglarze
dalej się kłócą
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz